REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

To będą bardzo smutne święta

Opublikowano 22 kwietnia 2022, autor: jb

Są z różnych części Ukrainy, wcześniej zupełnie się nie znały. Dzisiaj spotykają się prawie codziennie, korzystają z pomocy organizowanej przy Szkole Podstawowej nr 2 w Żaganiu.

Każda z nich z inną historią, starają się organizować swoje życie w Polsce. Każda zostawiła w Ukrainie męża, dalszą rodzinę, o którą się martwi. Łączy ich SP nr 2, do której na zajęcia chodzą ich dzieci.

– Jestem w Żaganiu z siostrą i jej dwoma córkami. Przyjechaliśmy z Charkowa. On jest cały czas bombardowany. Nie wiemy, jak teraz wygląda nasz dom. Ostatnie wieści miałam z ubiegłego tygodnia, kiedy powybijane były okna i szyby. Czy jeszcze stoi? Nie wiem. Mieszkaliśmy 30 km od granicy z Rosją, dzisiaj to bardzo niebezpieczne miejsce – przyznaje Natalia Szewczenko. – Tutaj jesteśmy w hostelu pracowniczym, choć nie są to najlepsze warunki dla dzieci. Jedna córka ma 17 lat, druga jest w pierwszej klasie. Może uda się znaleźć jakieś lepsze miejsce. Siostra pracuje, mam nadzieję, że ja też znajdę pracę – mówi. Dzisiaj myśli o nadchodzących świętach wielkanocnych. – Nasza niedziela palmowa wypada w polską Wielkanoc, a Wielkanoc obchodzić będziemy 24 kwietnia. Paschy może nie uda się upiec, ale na pewno będziemy robić kraszanki. Obchody są bardzo podobne do polskich, także święci się pokarmy w cerkwi. Ale to będą zupełnie inne święta. Nawet w Ukrainie nie będą normalne dla tych, którzy tam zostali. Zależy jeszcze od części kraju, ale ogólnie przyjęto zasadę, że ze względów bezpieczeństwa nie będzie tradycyjnego święcenia pokarmów, żeby ludzie nie zbierali się w jednym miejscu. Nie ma też nocnego nabożeństwa w cerkwi, bo i tak jest godzina policyjna.

Przyznaje, że nikt do końca nie wierzył w wojnę.

– Były pogróżki, ale przecież Ukraina nikogo nie zaczepiała, nie napadła – opowiada pani Natalia. – 24 lutego o 5:00 rano zadzwoniła do mnie siostra, mówiła, że coś się zaczęło. A u nas już wtedy latały rakiety. Jesteśmy tu od 9 marca. Życzyć nam można tylko pokoju, żeby więcej ludzi już nie umierało, żebyśmy mieli do czego wracać – dodaje. 

 

 Pomogli obcy ludzie

– My przyjechaliśmy z okolic Równego,  to jest 30 km od granicy z Białorusią. Nie wiadomo, czego się spodziewać. Uciekłam z córką, która jest tutaj w piątej klasie – dodaje pani Svietlana. – Mój mąż jest emerytowanym policjantem. On już pod koniec roku powiedział mi, że będzie wojna. Kazał mi wcześniej przygotować sobie walizkę, w której będą najpotrzebniejsze rzeczy, gdyby okazało się, że trzeba uciekać. Większość mundurowych to przeczuwała, ja nie wierzyłam do samego końca – mówi.

Pani Svietlana ze wzruszeniem docenia pomoc Polaków.

– Jechałam tu do własnej rodziny z nastawieniem, że będę musiała znaleźć pracę. Całe życie pracowałam jako pedagog w szkole, ale nie znam języka, więc wiem, że mogę liczyć na jakąś pracę prostą. Przyjechałam z córką, walizką i psem. Zatrzymaliśmy się u rodziny, po dwóch tygodniach kazali nam szukać mieszkania. Gdyby nie dobrzy ludzie, wylądowałybyśmy na ulicy. Było już ciepło, a my tylko w zimowych ubraniach. A tu dostaliśmy wszystko, nawet podręczniki w szkole – mówi.

Stara się szykować do świąt.

– Palmę poszłam poświęcić do polskiego kościoła. Starałam się zgodnie z tradycją iść „pobić” tą palmą znajomych Ukraińców. Mojej córce bardzo podobają się msze w polskich kościołach, bo są krótsze, można usiąść, nie trzeba zasłaniać głowy, strój nie musi być tak bardzo oficjalny. Nikt nie dziwi się temu, że tutaj do kościoła idą grekokatolicy czy prawosławni, że ktoś znak krzyża wykonuje inaczej. Córka uczy się w piątej klasie, jest zachwycona tą szkołą. Ona ma trochę łatwiej, bo uczyła się wcześniej polskiego, stara się mi pomagać. W Ukrainie 7 lat trenowała taniec, a tutaj otrzymała bezpłatne zajęcia w szkole Artura Niezgody. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni – dodaje.

 

Z Kijowa do Żagania

Pani Walentyna do Żagania dojechała niedawno, 14 kwietnia.

– Jesteśmy z Kijowa. Tak naprawdę wyjechaliśmy ze stolicy już na początku wojny. Jednak pierwszy miesiąc przemieszkaliśmy w zachodniej części Ukrainy. Ale kiedy okazało się, że ta wojna raczej potrwa dłużej, zdecydowaliśmy się uciekać dalej. Mam tu w Żaganiu koleżankę, ona bardzo nam pomaga. Moje dzieci pierwszego dnia poszły do szkoły 20 kwietnia. Córka do Dwójki, syn do liceum – mówi.

Wira Kowalczuk z Kijowa przyjechała do siostry, która mieszka w Żaganiu.

– Nie przyjechałam od razu. Pracowałam w firmie Green Forest, która ma oddziały w całej Ukrainie. Najpierw, 25 lutego, z Kijowa pojechałam do Lwowa. Wyjechałam zaraz po tym, jak zbombardowali budynek koło naszego domu. We Lwowie, w biurze naszej firmy, szykowaliśmy miejsca dla uchodźców, tych, którzy ze wschodu nie jadą jeszcze za granicę. Ostatecznie przyjechałam tu do siostry. Ze Lwowa bardzo ciężko było wyjechać na początku wojny, nie było transportu, wolnych miejsc, teraz już jest łatwiej – mówi. – Wiemy, że ci, którzy wyjechali na przykład do Portugalii, w ogóle nie mogą znaleźć miejsca dla siebie. Tam nawet nikt nie chce wynajmować mieszkań Ukraińcom. Tym bardziej doceniamy to, co mamy tutaj – dodaje.

 

Pomogą każdemu

Pomoc zorganizowała rada rodziców SP nr 2. Systematycznie prowadzona jest zbiórka darów, po które mogą przychodzić uchodźcy.

– Nie tylko społeczność związana z naszą szkołą, ale oczywiście takich osób jest tu najwięcej – mówi Renata Stachura, przewodnicząca rady rodziców. -Zorganizowanie tego punkty wymagało sporo czasu. Mamy naszych uczniów, Ola i Natalia, spędzały tu nawet po 9 godzin dziennie, bo staramy się pomagać także w znalezieniu pracy czy założeniu konta w ZUS. Pomagamy, jak umiemy – dodaje.

Napisz komentarz »