REKLAMA

Aktualności, Ludzie, wydarzenia

Mieszkali pomiędzy czołgami

Opublikowano 01 kwietnia 2022, autor: jb

Mama z czwórką dzieci z Ukrainy znalazła schronienie w Starej Koperni (gmina Żagań). Miejsca szukała tak długo, że myślała już o powrocie na Ukrainę.

Marina z czwórką dzieci, Dimą (15 l.), Serhijem (11 l.), Weroniką (9 l) i Marianką (4l) przyjechała z Hulajpole w rejonie Zaporoża. Jechali kilka dni.

– Z Hulajpola do Zaporoża dojechaliśmy samochodem, tam mieliśmy wypadek. Najmłodsza córka ucierpiała najbardziej – opowiada pani Marina. – Pociągiem dotarliśmy do Lwowa. Tam dwa dni myśleliśmy, co robić dalej. Kiedy zaczęli bombardować te okolice, uciekaliśmy. A moi rodzice, Wera i Dmytro, pojechali do rodziny w Czerniowcach. W Ukrainie został jeszcze mój mąż Serhij. Chcieliśmy wyjechać wcześniej, ale za wynajem samochodu i wywóz z miasta chcieli 3 tysiące hrywien. A u nas po miesiącu wojny nie było nawet co jeść i pić, bo nie dało się wybrać żadnych pieniędzy z bankomatu. Jak się dowiedzieliśmy, że z męża pracy udostępnią nam samochód, to na skuterze pojechaliśmy do domu, zabraliśmy dokumenty i kilka najpotrzebniejszych rzeczy.

Nie wiadomo, gdzie uciekać

Małe miasteczko jest mocno zniszczone przez rosyjskie wojsko.

– Dużo mieszkańców nie żyje. Kiedy bombardują, nie wiadomo, gdzie uciekać. Naszego domu już nie ma. 10 lat zarabiałam, żeby go kupić i wyremontować, podłączyć gaz. Mieliśmy tam wszystko, od telewizorów po komputer dla dzieci. Zostaliśmy bez niczego. Ostatnie 5 dni spędziliśmy w domu moich rodziców. Po obu stronach domu stały rosyjskie czołgi. Nawet nie wiedzieliśmy, co to Iskandery, dopóki ich nie zobaczyliśmy na własne oczy. Spaliśmy wszyscy w pokoju na środku domu. Obstawialiśmy, że jak uderzą w jedną albo drugą połowę domu, to może chociaż jedna ściana nie padnie. Nie szliśmy do piwnicy, bo jakby nas po bombardowaniu zasypało, to nie miałby nas kto ratować – przyznaje.

Jak umierać, to u siebie

Transport ze Lwowa zorganizowali wolontariusze z Polski.

– Pojechaliśmy autobusem do Wrocławia, stamtąd do centrum dla uchodźców w Zielonej Górze. Dużo dzieci chorowało tam na rotawirusa. Także Marianka. Powinnam iść z nią do szpitala, ale z kim miałabym zostawić starsze dzieci? Zdecydowaliśmy, że jak nie będzie mieszkania dla nas, to wracamy na Ukrainę. Jak pora nam umierać, to chociaż u siebie. W końcu wolontariusz zapytał, czy nie pojechalibyśmy na wieś – mówi.

Ciężko na duszy

Do Starej Koperni (gmina Żagań) dotarli w nocy, 21.03. Zamieszkali na jednym z pięter domu.

– Najedliśmy się, wykąpaliśmy, mogliśmy się wyspać. Mariance zaczęło się poprawiać już drugiego dnia – mówi z ulgą Marina.

Starsze dzieci już dojeżdżają szkolnymi autobusami do podstawówki w Tomaszowie.

Rodzinę pani Mariny z właścicielem domu Zygmuntem Chamarczukiem oraz panią Stefanią skontaktowała Małgorzata Klorek z Żagania.

– Bardzo pomogła w zorganizowaniu wszystkiego. Od pomocy przy dokumentach, po transport do magazynu czy zorganizowanie telewizora i mikrofalówki. Jesteśmy jej bardzo wdzięczni. Chyba jakieś niebiosa skierowały ją tej nocy na nas, kiedy Marianka była taka chora – mówi pani Marina. – Ale jeszcze na duszy ciężko. Jak zobaczyliśmy tu na wsi helikoptery, to byliśmy pewni, że zaraz też będą strzelać.

Próbuj normalnie żyć.

– Mamy tutaj chłodziarkę, a przydałaby się bardziej lodówka z zamrażalnikiem. Może ktoś mógłby ich wesprzeć? – mówi pani Stefania.

Pani Marina bardzo liczy też, że uda jej się zrobić prawo jazdy.

– Robiłam kurs na Ukrainie, ale nie zdążyłam zdać egzaminu. Może w przyszłości uda się jakoś opłacić kurs tutaj i zdać egzamin po polsku, wtedy byli byśmy bardziej samodzielni – mówi.

Napisz komentarz »