REKLAMA

Zdrowie

Mamy tutaj drugi front

Opublikowano 01 kwietnia 2022, autor: Michalina Kozarowicz

Lek. med. Yuliia Onutska (27 l.) od roku pracuje w 105. Wojskowym Szpitalu w Żarach. Przyjeżdżając do Polski, nie spodziewała się, że w pracy będzie mówić po ukraińsku.

„Regionalna”: Pacjenci z Ukrainy od dawna pojawiają się w szpitalu, ale czy po wybuchu wojny, zauważyła pani, że jest ich więcej?

Yuliia Onutska, lekarka: Widzę ten wzrost zdecydowanie. Zarówno pracując w POZ, jak i na SOR-ze. Nawet spacerując ulicami miasta, ciągle wpada mi w ucho ukraiński. Nawet tak małe miasto jak Żary odczuły tę sytuację.

Z jakimi problemami zjawiają się pacjenci z Ukrainy?

Ci, którzy trafiają na SOR, przywiezieni przez karetki, często są po długiej podróży. Są odwodnieni, mają zaburzenia elektrolitowe, zaostrzenie chorób przewlekłych, niedokrwienie krążenia mózgowego, niewydolności serca, zaburzenia gospodarki węglowodanowej czyli hiperglikemię. Inaczej sytuacja wygląda na POZ. Ukraińskim pacjentom kontynuujemy leczenie zaczęte na Ukrainie – korekcję ciśnienia tętniczego, insuliny i leków doustnych na nią, hormonów na tarczycę. Do tego są przeziębiania, kaszel. Często przyjmujemy dzieci z typowymi dla ich wieku chorobami. Robimy podstawowe badania, żeby wykluczyć, czy nie ma procesu zapalnego, niedokrwistości. Jeśli jest potrzeba, pacjenci są kierowani do poradni. A kolejki do lekarzy specjalistów są dla Ukraińców na takich samych zasadach jak dla Polaków. Więc jeżeli trzeba czekać rok, to niestety trzeba. Dla nikogo nie jestem sekretem, że system zdrowia jest przeciążony, przede wszystkim przed dwa lata pandemii, kiedy były ograniczenia i generalnie dostęp do lekarza był utrudniony.

Pojawiają się informacje, że pacjenci z Ukrainy są przyjmowani poza kolejnością. To prawda?

To oczywiste zakłamanie. Tak na SOR-re, jak i w POZ, nie liczy się obywatelstwo, a tylko i wyłącznie stan ogólny pacjenta i choroba.

Przyjeżdżając do Polski spodziewałaś się, że będziesz tak dużo mówić po ukraińsku?

Nigdy w życiu. Ale uważam, że jestem teraz na swoim miejscu. Na samym początku, gdy wybuchła wojna, zastanawiałam się, czy nie wracać na Ukrainę, czy jako lekarz nie będę tam bardziej potrzebna. Lekarz z naszego szpitala, mój kolega Andrii Sribniak, wrócił na Ukrainę i jest żołnierzem, a nie lekarzem. A my tutaj tak naprawdę mamy drugi front, mnóstwo problemów. Niektóre sytuacje są bardzo skomplikowane, ciężko jest wytłumaczyć, co nas boli, gdzie i jakie mamy objawy. Więc to, że jestem Ukrainką, bardzo pomaga mi przy leczeniu pacjentów stamtąd. Wiem, że jestem młodym lekarzem i jeszcze nie mam dużego doświadczenia, ale dzięki komunikacji jest zdecydowanie łatwiej.

Jaką specjalizację robiła pani na Ukrainie?

Z chorób wewnętrznych. Po przyjeździe do Polski, po nostryfikacji dyplomu i zdaniu egzaminu z języka, musiałam zrobić roczny staż podyplomowy, teraz będę robiła od nowa specjalizację. Zdecydowałam się na kardiologię, jestem właśnie w trakcie rekrutacji.

Od jak dawna jest pani w Żarach i dlaczego właśnie tutaj?

29 marca 2021 roku wyjechałam do Polski, więc właśnie minął rok. Dlaczego Żary? Totalnie przez przypadek. Zawsze bardzo mi się podobała zachodnia część Polski, uważałam, że jest bardziej proeuropejska, że będzie większa różnica nawet w mentalności, porównując do wschodu. Drugim argumentem było to, że tutaj jest mniej lekarzy, bo wielu młodych Polaków decyduje się na robienie specjalizacji w Niemczech. Na Żary zdecydowałam się z bardzo prostego powodu. Mogłam wybrać Gorzów Wielkopolski albo Zieloną Górę, ale tam było dużo stażystów, po kilkanaście osób. Uznałam, że Żary to może mniejszy szpital, ale będę sama, dzięki czemu dużo więcej się nauczę. I to była najlepsza decyzja, bo od samego początku każdy chciał mnie czegoś nauczyć, żeby wdrożyć mnie w pracę, żebym już mogła pomagać. Pomimo, tego, że jestem w wieku większości stażystów, czułam się od początku jak lekarz.

Skąd przyjechała pani do Żar?

Pochodzę z zachodniej części Ukrainy. Moja rodzina to bardzo zróżnicowana mieszanka. Obwód Lwowski, Iwano-Frankowski, a moi dziadkowie urodzili się na terenach obecnej Polski, bo pod Jarosławem.

Po wybuchu wojny, ściągała pani najbliższych do Żar?

Był taki pomysł, żeby chociaż mamę i babcię przywieźć do Polski, ale nie chciały. Niestety, wiadomo, że kobieta w wojnie nie pomaga, a tylko jest obciążeniem. Mama nie chciała jednak zostawić babci. Tata i brat są w wieku poborowym. Tata został powołany do obrony terytorialnej, ale uwzględniono jego wiek i jest w rezerwie. Brat ma 20 lat i studiuje. Na razie nie było takiej potrzeby, ale jeżeli tylko dojdzie do sytuacji, że będzie potrzebny w wojsku, to też się zgłosi.

Napisz komentarz »