REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Grozili, że je zastrzelą

Opublikowano 25 marca 2022, autor: bj

Kuzynki i matka Romana Lebedenko, sprzedawcy z żarskiego targowiska, z domu w Ukrainie uciekły, jak stały. Okradzione z telefonów, na piechotę szły kilkadziesiąt kilometrów, bo Rosjanie grozili, że będą strzelać do aut.

Roman Lebedenko pochodzi spod Kijowa. W Polsce jest od ponad 6 lat. Tu mieszka i pracuje – w sklepie mięsnym na żarskim targowisku.

Uciekając przed wojną przyjechały do niego mama i dwie kuzynki.

– Najpierw wyjechały w okolice Czernichowa, na wieś. Ale i tam zrobiło się niebezpiecznie – mówi Roman.

Na drogach wyjazdowych stały rosyjskie patrole i nie wypuszczały samochodów. Do wsi docierał tylko autobus z chlebem.

– Na szczęście, bo tam już sklepy były rozkradzione. Rosjanie kradną ludziom nawet kury – opowiada.

Mimo tego, starały się przetrwać.

– Mama nie chciała wyjeżdżać, zostawiać całego dorobku życia. Prosiłem ją, żeby zmieniła zdanie. W końcu ich dom nachodzić zaczęli uzbrojeni żołnierze rosyjscy – opowiada.

Przyszli jednego dnia i powiedzieli, że pomiary ich urządzeń pokazują, że z ich domu są mocno emitowane fale.

– I że to na pewno przez telefony. Zakazali im dzwonić. Powiedzieli, że ich pozabijają, jak dalej tak będzie. Pojawili się następnego dnia. I zabrali wszystkie telefony komórkowe. Zostawili tylko aparat babci, starszy model, dla seniora, z dużymi klawiszami – opowiada R. Lebedenko.

Wcześniej kobiety usłyszały, żeby przypadkiem nie przyszło im do głowy jechać dokądkolwiek samochodem. Na podwórko stały trzy auta, w tym niemal nowy volkswagen.

– Powiedzieli, że im je zabiorą. I że będą potraktowani jak przestępcy – dorzuca R. Lebedenko.

W Kijowie jak w Czernobylu

Wiedzieli, że to nie są słowa rzucane na wiatr.

– Auto mojego kolegi ostrzelali w Irpieniu. Nie patrzyli w ogóle, że jechał z rodziną, dziećmi – tłumaczy R. Lebedenko.

Kobiety o tym dobrze wiedziały. Przeraziły się. Postanowiły uciekać. Zostawiły wszystko, uciekały na piechotę. Szły 20 km do stacji kolejowej. Stamtąd ruszyły pociągiem do Kijowa.

– Opowiadały, że takiego Kijowa nigdy nie widziały. Jest tak pusto w mieście, jak kiedyś po awarii w Czernobylu. Opuszczone domy, głuche ulice – relacjonuje R. Lebedenko.

Przez dwie doby musiały czekać. Bo był zakaz poruszania się. Potem wyruszyły w drogę. Na granicy widziały tłumy. I pomoc udzielaną uchodźcom – rozdawaną żywność, odzież, najpotrzebniejsze rzeczy.

Do Polski przyjechały w sobotę, 19.03.

Wcześniej do Polski z żoną i małym dzieckiem przyjechał kuzyn Romana. Potem dotarły jeszcze dwie jego siostry.

Nie wiedzą jeszcze, jak dalej będzie wyglądało ich życie. Na razie starają się szukać mieszkania, o co jest bardzo ciężko.

– Bardzo zdrożały czynsze, jest kłopot, żeby coś wynająć – mówi R. Lebedenko.

W niewielkiej kawalerce pana Romana mieszkają teraz cztery osoby. Na szczęście po sąsiedzku mieszka jego siostra, która ma większe, ok. 80-metrowe mieszkanie. Gości u siebie 7 osób.

– Najgorsza jest ta niepewność, co tam się dalej będzie działo. I co dalej robić. Tam mieli wszystko, ale czy będzie do czego wracać? Jedna z sióstr pracuje w budownictwie, to praca dla niej będzie. Ale co ma powiedzieć druga? Jest kosmetyczką. Kto będzie do niej przychodził, jak będzie trzeba się podnieść z ruin? Bardzo martwimy się o tę przyszłość – kończy R. Lebedenko.

Napisz komentarz »