REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Zaczęły spadać bomby, nie miałyśmy wyboru

Opublikowano 11 marca 2022, autor: Michalina Kozarowicz

Do Żar docierają kolejni uchodźcy z Ukrainy. Zostawiają swoje domy i najbliższych. Przyjeżdżają bez niczego.

W budynku udostępnionym przez Jarosława Hejmanowskiego obok jego hotelu Leon, schronienie znalazło kilkunastu uchodźców z Ukrainy. Są to kobiety z dziećmi i osoby starsze. Wszyscy zostawili na Ukrainie swój dobytek i bliskich. Dziennikarze gazety „Regionalnej” odwiedzają ich, przekazując dary, które trafiają do redakcji od naszych czytelników.

Była księgową

Inna Kolodiejhuk (37 l.) przyjechała do Żar razem z synem Damianem (8 l.) z Poltawy w centralnej Ukrainie. Jest księgową, pracowała też w marketingu. W Polsce znalazła pracę w firmie kateringowej. Do Żar przyjechali w piątek, 4.03.

– Do granicy jechaliśmy trzy dni – opowiada Inna. – Najpierw pojechaliśmy w Karpaty i uciekaliśmy przez słowacką granicę, stamtąd do Polski. Po przekroczeniu granicy spotkałam człowieka, który zabrał nas do Żar. Na Ukrainie została moja mama i ojciec, nie chcieli uciekać. Niestety, nie znam polskiego, więc mi ciężej, ale musimy sobie z synem radzić. Jestem bardzo wdzięczna za pomoc, wszystko nam tutaj zapewniono, czujemy się oboje bezpiecznie. Cały czas mam kontakt z rodziną. Tam latają samoloty, słychać strzały, jest strasznie, dlatego zabrałam syna tutaj – mówi Inna. Bardzo chce, żeby Dominik poszedł do szkoły.

Pięć dni do wolności

Natalia Soroka przyjechała do Polski z 8-miesięcznym synkiem Denisem i tatą Stanisławem (65 l.). Rodzina uciekała samochodem z Dniepropetrowska w centralnej Ukrainie, 400 kilometrów od Kijowa w stronę Morza Czarnego. Żeby dotrzeć do Żar, musieli pokonać 1 tys. 700 km.

– Jechaliśmy 5 dni – opowiada Natalia. – Samo przekroczenie granicy zajęło nam 8 godzin, to niedużo. Mój mąż został na Ukrainie, jest w obronie terytorialnej, ale pójdzie do regularnego wojska. Mój tata ma już 65 lat, więc go puścili na granicy. W Polsce, w Łodzi, moja córka studiuje kosmetologię. A ja na Ukrainie pracowałam przez 15 lat w banku. Będę szukać pracy tutaj, dopóki się wojna nie skończy, bo jakoś trzeba żyć. Tutaj wszystko dostaliśmy, bardzo dziękuję Polakom za pomoc, to jest wzruszające, że tak wszyscy o nas dbają, ale nie chcę siedzieć i czekać. Synek zostanie z dziadkiem, a może się uda ze żłobkiem. Ale najpiękniej by było, jakby to wszystko się zaraz skończyło – mówi Natalia z Dniepropetrowska.

Strzały i bomby

Irena Milashewska (27 l.) pochodzi z Żytomierza w pobliżu granicy z Białorusią. Przyjechała do Żar razem z mamą Ireną i córką Zlatą (6 l.), a także przyjaciółką i jej córeczką. Kobiety były w drodze przez 5 długich dni. Do Żar przyjechały we wtorek, 8.03.

– Do Żar przyjechaliśmy pociągiem – mówi Irena. – Całą rodziną, znaczy kobiecą częścią. Mamy tutaj ogromną pomoc. Wszystko dla dzieci. Ale niestety musiałyśmy uciekać. Nasz Żytomierz był dotąd bardzo spokojnym i cichym miastem, ale zaczęły spadać na niego bomby. Jak trzeba było się chować w piwnicy i schronie, to uznałyśmy, że nie ma na co czekać. Pracowałam już w Polsce przez 2 lata, ale w grudniu wróciłam do rodziny. I znów tu jestem. Na Ukrainie pracowałam jako pogranicznik na granicy ukraińsko-białoruskiej – mówi Irena.

Na Ukrainie został jej mąż, który razem z innymi mężczyznami broni Żytomierza w wojskach obrony terytorialnej.

Napisz komentarz »