REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Chcemy bezpiecznie wrócić do domu

Opublikowano 04 marca 2022, autor: jb

Z dokumentami i bagażem podręcznym z Łucka na Ukrainie uciekły panie Irena i Natalia. Opowiedziały nam, jak wyglądały ich ostatnie dni w okupowanej ojczyźnie.

Przyjechały do męża i ojca, który na co dzień pracuje w Wiechlicach.

– Ja nie chciałam uciekać. Mój mąż musiał zostać w Ukrainie, ale mama bardzo chciała wyjechać, więc jestem tu z nią  – mówi Natalia Timoszczuk.

– Gdyby nie mąż w Polsce, to pewnie bałybyśmy się jechać w ciemno – dodaje Irena Mirończuk. I opowiada o ostatnich dniach spędzonych na Ukrainie: – Pracowałam w aptece. Większość towaru jest tam wykupiona, nie ma czego sprzedawać. Nie ma dostaw, większość miast jest zamknięta.

– Pierwszego dnia zbombardowano u nas lotnisko. Mieszkamy blisko granicy z Białorusią i boimy się, że wejdzie do nas białoruskie wojsko, bo jest ich bardzo dużo zgrupowanych tuż przy granicy – mówią.

Przyznają, że do końca nie spodziewali się wojny.

– Huk obudził nas rano, nie wiedzieliśmy, co robić. Do ostatniej chwili nie mogliśmy uwierzyć, że będzie taka wojna, nawet jak Putin ogłosił te republiki na Donbasie. Dopiero jak zaczęli strzelać i bombardować, pokazali, na co ich stać. Mordują cywilów, starają się niszczyć telewizję, chcą nas odciąć od prawdziwych informacji, żeby rozpuszczać plotki, że Ukraina się poddała i rozbrajać tak kolejne regiony – mówi Natalia.

Opowiadają, że Ukraińcy bronią się i będą się dalej bronić.

– Będąc w domu, sama szukałam informacji, jak zrobić koktajl Mołotowa. Ludzie bronią się, jak potrafią – mówi N. Timoszczuk.

– Kto to widział taką wojnę! Iskandery latają ludziom nad głowami, dwa kraje napadają na jeden – dodaje pani Irena.

Nie siedzieć bezczynnie

Granicę przekroczyły w Zosinie we wtorek (1.03.).

– Poszło bardzo sprawnie. Trwało to może godzinę. Potem aż siedem godzin czekałyśmy na tatę, który po nas jechał, bo myślałyśmy, że przeprawa potrwa dłużej – mówi Natalia.

– Polacy bardzo się nami opiekowali. Stało wiele namiotów, przygotowane było jedzenie, picie, miejsce do ogrzania. Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś komuś tak pomagał. Nawet napisy już były przygotowane po ukraińsku – dodaje pani Irena.

Gdy żona i córka dotarły do Polski, Walerij Mirończuk odetchnął z ulgą.

– Pracuję u pana Zbigniewa Czmudy ponad 20 lat. Jestem mu wdzięczny za wszystko, szczególnie za to, że możemy być tu razem. Tutaj czujemy się bezpiecznie – mówi pan Walerij.

Nie wzięły ze sobą nawet walizki.

– Zabrałyśmy dokumenty, paszporty, kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Jedyne, czego dziś potrzebujemy, to żebyśmy mogli bezpiecznie wrócić do siebie. Chciałam w tym roku jechać do ojca, ale nawet przez myśli mi nie przeszło, że w takich okolicznościach – mówi pani Natalia.

– Nie wiemy, ile potrwa wojna, nie chcemy tu siedzieć bezczynnie. Jak tylko będzie to możliwe, chciałybyśmy podjąć pracę, będzie chociaż czym zająć myśli. Ja byłam w Polsce na święta, dwa miesiące temu. Nasza druga córka mieszka w Danii. Byłam u niej, potem też u rodziców zięcia w Zielonej Górze. Na Wielkanoc planowaliśmy się spotkać całą rodziną u nas w Łucku. To się raczej nie wydarzy – mówi z żalem pani Irena.

Napisz komentarz »