REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Na zawsze pozostanie w naszych sercach

Opublikowano 06 sierpnia 2021, autor: bj

Razem byli przez ponad trzydzieści lat. Gdy Anita Preiss (? 57 l.) umierała, jej mąż był przy niej.

Byli klasowym małżeństwem. Poznali się w żarskim Prusie, chodzili do tej samej klasy.

– Za 2 tygodnie obchodzilibyśmy 35-lecie ślubu. To była pierwsza miłość. I ta jedyna – mówi Wojciech Preiss, mąż Anity Preiss, która kilkanaście lat przepracowała jako audytorka w żarskim Starostwie Powiatowym.

– Urzekła mnie pięknymi zielonymi oczami, uśmiechem, który nie znikał z jej twarzy i burzą kręconych włosów. I podejściem do ludzi, pogodnym, życzliwym – wspomina mąż.

Pani Anita dziennikarzowi „Regionalnej” mówiła, jak zmagała się z chorobą nowotworową piersi, nerek.

– Ale miała twardy charakter. Miała silną psychikę. I cały czas walczyła. Choć tymi chorobami można było wielu ludzi obdzielić – mówi pan Wojciech.

Żeby miała na męża

Przeszli razem wiele. Wspomina młodość.

– Na początku Anita była nauczycielką w szkole w Bieniowie, potem w Złotniku. Uczyła biologii, matematyki, fizyki, chemii. Ja poszedłem do wojska. Gdy braliśmy ślub, przyszła cała jej ówczesna klasa. Wręczali jej wałki, tłuczki. Żeby miała na męża – uśmiecha się na to wspomnienie pan Wojciech. – Na moje wyjście z wojska urodził się syn, Krzysztof. Po czterech latach córka Hanna. Żona była laborantką w Ceramiku, potem szyła fartuszki, woziliśmy je do Zielonej Góry, do sklepów. W tym czasie budowaliśmy dom w Olbrachtowie. Swoimi rękami. Dalej pracowała jako księgowa w Żarskim Przedsiębiorstwie Budowlanym. Stamtąd poszła do wojska, ciężko pracowała, dokształcała się, uzyskała tytuł inżynierski z zarządzania i marketingu, potem była magisterka i egzamin audytorski. Ta walka o coraz wyższe wykształcenie, żeby zapewnić rodzinie byt, dzieciom dobre warunki… Wiele razy mnie wspomagała, gdy były cięższe czasy dla działalności gospodarczej – wylicza W. Preiss. – Zawsze mogłem na nią liczyć.

Nie odkładaj marzeń

Chętnie jeździli do Zielonego Lasu.

– Szliśmy z kijkami, z pieskiem. Zawsze dbaliśmy o zdrowie. Tylko czasem tak w życiu bywa, że ono nam ucieka i psuje plany – tłumaczy W. Preiss.

Często  podróżowali po Polsce.

– Marzyliśmy, żeby zwiedzić ścianę wschodnią, od Mazur po Bieszczady. Byliśmy kila razy w Chorwacji, żona ma tam rodzinę. Ostatnimi czasy żona mówiła, że bardzo chciałaby się jeszcze wykapać w tym ciepłym i czystym Adriatyku. Kochała morze – wzrusza się pan Wojciech. I dodaje: – Jeżeli mamy jakieś marzenia, to nie wolno tego odkładać na później. Bo życie jest bardzo kruche. Człowiek odchodzi i zostają tylko niespełnione marzenia.

Czasem się napłakała

Miała niezłomny charakter, ale mocno była nastawiona na potrzeby drugiego człowieka.

– Dla niej musiało być wszystko w porządku. Szanowała prawo, ale częstokroć musiała więcej pracować. Bo nie tylko egzekwować, ale pokazywać błędy. Czasem się napłakała, martwiła o ludzi. Bardzo to przeżywała – tłumaczy.

Ze swoimi problemami nie narzucała się innym.

– Była bardzo mocna psychicznie. Wspierała osoby, którym doskwierały jakieś dolegliwości. Nawet teraz, gdy było już ciężko, w tym ostatnim etapie, gdy już nie chodziła – podkreśla mąż.

Strach przed samotnością

W leczeniu przeszkodziła im pandemia.

– Nie chorowaliśmy na covid. Ale było zaplanowane leczenie na onkologii w Zielonej Górze. Sąsiedni oddział w tym szpitalu to zakaźny. I na onkologii był stan epidemii, i nasz lekarz onkolog chorował na covid, więc później miały być jakieś chemie. Ale przede wszystkim był strach. Że zamkną ją na oddziale, że będzie musiała leżeć sama. A przy jej wielu chorobach, przy takim obciążeniu psychicznym i samotności… W telewizji  się widywało obrazki chorych leżących i otoczonych medykami w skafandrach. Ludzie umierali z dala od najbliższych. Dlatego pewne decyzje u nas były odwlekane. Gdy pandemia nieco zaczynała odpuszczać, było to bardziej problematyczne, bo Anita przestała chodzić – zaznacza.

Walczyła do końca

Przez ostatnie miesiące pani Anita już mocno chorowała.

– Odnawiały się różne choroby,  które uaktywniają się przy osłabieniu organizmu, borelioza, reumatoidalne zapalenia stawów. Jak brała inwazyjne leki, to zazwyczaj miała objawy negatywne. Właśnie po lekach straciła władzę w nogach – tłumaczy W. Preiss.

Cały czas o siebie walczyła. O każdy drobiazg.

– Gdy nie mogła iść do fryzjera, farbowałem jej włosy. Starała się zawsze wyglądać bardzo dobrze, nawet gdy już taka biedna leżała… – wspomina pan Wojciech.

Był z nią do końca.

– Moja żona umarła na swoim łóżku, w swojej pościeli i ja byłem koło niej – mówi.

Pozostała pustka.

– Mamy dzieci odchowane, na własnym. Można byłoby zacząć żyć, zwiedzać, jeździć. Wiem jednak na pewno, że ona pozostanie na zawsze w naszych sercach – kończy.

A. Preiss spoczęła (4.08.) na cmentarzu komunalnym w Żarach.

Napisz komentarz »