REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Żegnaj, Waldek

Opublikowano 08 stycznia 2021, autor: bj

Mówili o nim „Kiero”. Bo był legendą tej drużyny. Jak go drzwiami wyrzucali, oknem umiał wejść – tak o zmarłym Waldemarze Szymczaku (? 54 l.), kierowniku drużyn,y mówią w Budowlanych Lubsko.

Nie miał warunków fizycznych, by grać, o czym się szybko przekonał, próbując sił jako piłkarz. Ale Waldemar Szymczak (54 l.) serce Budowlanym z Lubska oddał w całości. Na zawsze, do końca! Przez niemal 4 dekady był kierownikiem drużyny. I nie było dla niego rzeczy, które nie dało się załatwić.

– Nie miał własnej rodziny. Żony, dzieci. Drużyna była jego miłością. Mieszkaliśmy może z 20 metrów od stadionu. W zasadzie to było takie naturalne… I z drużyną był zawsze, gdy były wzloty i upadki – wspomina Wiesław Szymczak, brat.

Skończył Technikum Rolnicze. Myślał o pracy w służbie mundurowej. Życie zdecydowało inaczej. On sam poświęcił się pracy w Budowlanych.

– To nie dawało mu żadnych profitów. W zasadzie musiał dokładać – wyjaśnia W. Szymczak.

– Formalnie pracę dla Budowlanych zaczął w 1986 r. Wówczas byłem piłkarzem. Pamiętam, że Waldek też trochę zaczął z nami kopać. Ale zawsze miał taką korpulentną posturę i nie bardzo się do tego nadawał. Ale był z Budowlanymi zawsze. Na każdym meczu, na każdym wyjeździe. Jeśli tylko mógł w czymś pomóc, pomagał. Dlatego zapadła decyzja, by został oficjalnym współpracownikiem i kierownikiem drużyny – mówi Andrzej Freliszko, były piłkarz i trener.

Był legendą

– Mówili o nim „Kiero”. Bo był legendą tej drużyny. Jak go drzwiami wyrzucali, oknem umiał wejść – dodaje pan Wiesław. Czasem bywał „Erykiem”. – To było nawiązanie do jakiegoś filmu. Chodziło o jego mocną sylwetkę. Ale on nigdy się nie gniewał. Zawsze uśmiechnięty i pogodny – podkreśla A. Freliszko.

Zaczynał w bardzo trudnych czasach.

– Wówczas w zasadzie nic się nie kupowało, większość rzeczy trzeba było załatwiać. Bo w niczego nie było. Czy chodziło o piłki, koszulki czy transport. A czasem bywało tak, że pieniędzy nie było choćby na wodę dla zawodników. Miał znajomych sklepikarzy. Zagadał, brał choćby po parę butelek, tu i tam. Tak żeby dla wszystkich wystarczyło. Nie zastanawialiśmy się nawet, jak mu się to udaje. Po prostu zawsze było, co trzeba – uzupełnia A. Freliszko.

Wszyscy wspominają rozmowy po meczach. Gdy analizowali, dyskutowali, kto jak grał, czy sędzia dobrze zdecydował.

– Mój 14-letni syn bardzo żałuje, że go już nie ma. Że tej tradycji nie będzie. Bo on się nawet z bardzo młodymi sportowcami potrafił dogadać. Czy z juniorami, czy trampkarzami. Znał tych chłopców – zaznacza W. Szymczak.

Od paru lat borykał się z chorobą wieńcową.

– Przeszedł operację na otwartym sercu w szpitalu w Poznaniu. Bardzo się wtedy przestraszył. Począwszy od aorty lekarze musieli interweniować, wszczepiać implanty – tłumaczy W. Szymczak.

Od tego czasu się zmienił.

– Trochę tak się załamał. Ale do piłki go cały czas ciągnęło. Przed pandemią graliśmy turniej halowej piłki nożnej, w ramach lubskiej ligi amatorskiej. Też musiał przyjść, posiedzieć.  Już był chory, już go wszystko bolało. Prosiliśmy go: „Waldek, trzeba do lekarza, do szpitala”, ale bagatelizował… Nie chciał dopuścić do siebie, że może być chory – mówi brat.

Może był w niebie potrzebny

Miał plany.

– Uzgodniliśmy, że miałem się przeprowadzić do domu, w którym mieszkał. Mieliśmy tylko dla niego część wyremontować. Sam zaproponował. Chodziło o to, żeby była pomoc w utrzymaniu, bo to spory koszt. Mieliśmy mieszkać blisko siebie – tłumaczy W. Szymczak.

Wigilię spędzili wspólnie.

– W święta wyszedł od nas do domu. W Nowy Rok życzenia jeszcze składaliśmy. Następnego dnia rano znalazłem go, jak siedział przy stole. Nie można było już nic pomóc – dopowiada pan Wiesław.

W drużynie wszyscy są zgodni. Nic nie będzie takie, jak było.

– Tyle nas różniło – wiek, mentalność, nieraz się droczyliśmy i sprzeczaliśmy, ale oboje wiedzieliśmy, że najważniejsze jest dobro klubu, w którym spędził prawie 40 lat swojego życia, świętując z nim kolejne awanse, w tym ten najważniejszy… do trzeciej ligi. Poświęcał każdą wolną chwilę, czy to jako kierownik poszczególnych drużyn, szef ochrony czy w końcu jako członek zarządu. Stał się legendą tego klubu – wspomina Albert Pachowicz, dyrektor klubu „Budowlani”. I dodaje: – Umówiliśmy się na partię szachów po Nowym Roku. Już niestety nie zagramy. Widocznie tam na górze potrzebny był kierownik drużyny… Z prawdziwego zdarzenia, oddany i będący z nią na dobre i złe. Wiem, że stamtąd, gdzie by to nie było, będzie kibicował swojej ukochanej drużynie. Takiego uśmiechniętego Waldka zapamiętam.

Pogrzeb W. Szymczaka odbędzie się 9.01. o godz. 9 na cmentarzu komunalnym w Lubsku. Msza żałobna – tego samego dnia o godz. 8 w kościele p.w. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Lubsku.

Napisz komentarz »