REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Wspólne życie, wspólna śmierć

Opublikowano 27 listopada 2020, autor: bj

Waleria (?71 l.) i Jan (?72 l.) Krasowscy bardzo się kochali. Małżeństwem byli od 50 lat. Kilka godzin przed śmiercią widzieli się po raz ostatni. Leżeli na sąsiednich łóżkach na SOR w 105. Szpitalu Wojskowym w Żarach. Lekarze szukali dla nich miejsc w szpitalach zakaźnych.

Zaczęło się od zwykłego przeziębienia. Zachorowali oboje, Jan (72 l.) i Waleria (71 l.) Krasowscy ze Złotnika.

– Byli na lekach przeciwgorączkowych. Nie przechodziło. Ale nie sądzili, że się coś groźnego przyplątało. W niedzielę, 15.11,. brat bardzo źle się czuł. Zadzwonił po synową, bo ich syn, Jarosław, już wtedy leżał pod respiratorem w szpitalu w Żaganiu. Synowa zawiozła go na SOR do Żar, bo bardzo źle wyglądał – opowiada Elżbieta Stec ze Złotnika, siostra pana Jana.

Tam pan Jan miał zrobiony test. Wyszło, że jest zakażony koronawirusem. Został w szpitalu. Gdy synowa wróciła do Złotnika, zobaczyła, że źle czuje się też teściowa. Zadzwoniła po karetkę. Ta zabrała panią Walerię na SOR.

– I na tym SOR-ze leżeli jeszcze razem obok siebie. Przez kilka godzin. Bo w tym czasie szpital szukał wolnych miejsc w którymś ze szpitali zakaźnych. Dla niej znaleźli łóżko w Żaganiu. Brata zawieźli aż do Torzymia, bo bliżej nie było wolnych łóżek – wspomina pani Elżbieta.

Odeszli oboje

Ze szpitala płynęły różne informacje, a to, że najgorsze ma za sobą, a to, że był kryzys.

– Z Irlandii przyleciała najszybciej jak mogła ich córka, Mariola. W piątek, 20.11. A w sobotę o 10 rano dostała wiadomość, że jej tata nie żyje. Umarł o 9.40. Przepłakaliśmy. O północy zadzwonił mój telefon. Była równo północ. Dzwoniła synowa Jana i Walerii. Nie mogła dodzwonić do Marioli, która zasnęła po tabletkach. Powiedziała: „Ciociu, mama też nie żyje”. Zmarła o 23.40 – opowiada pani Ela.

Uzgodnili, że tę straszną wiadomość Marioli przekażą rano. Żeby choć kilka godzin wypoczęła, bo siły jej będą potrzebne.

– Poszliśmy do niej z samego rana. Z wielkim ciężarem. Chciałam to delikatnie przekazać. Powiedziałam jej tylko: „Mariolu, do północy byłaś półsierotą, ale już jesteś sierotą”. Ona zrozumiała. Popatrzyła na mnie wzrokiem, jakby nie z tej ziemi. I tylko zapytała: „Mama? Też?” – wspomina ze łzami E. Stec.

Ze stratą rodziców pani Mariola była sama.

– Jarka, jej brata, zawieźli najpierw do szpitala Żagania, a potem aż do Drezdenka. Bo nigdzie bliżej nie było respiratora. I on tam jest w śpiączce farmakologicznej, od ponad dwóch tygodni. I o niczym nie wie – przeciera oczy pani Elżbieta.

 Zwyczajni ludzie

Życzliwi, uczciwi, rzetelni. Waleria i Jan. Nigdy nie mieli żadnych konfliktów. Woleli swoją szkodę, niż by mieli kogoś skrzywdzić. Przede wszystkim o innych myśleli.

Jan i Waleria siebie też bardzo szanowali i się bardzo kochali.

– Od kiedy bratowa miała kłopot z chodzeniem, brat ją woził do kościoła i na próby zespołu. Bo tam z nami śpiewała. Przywoził, a potem półtorej godziny czekał na nią przed świetlicą. To była taka wielka, romantyczna miłość – cicho dodaje E. Stec.

Państwo Krasowscy całe życie prowadzili gospodarstwo.

– Byli bardzo spracowani, cierpieli na schorzenia reumatyczne. Jak byliśmy na ostatnim wyjeździe w Karpaczu z zespołem, Walerka nie popuściła, spacerowała, zwiedzała, choć trochę utykała. Bo oboje z bratem byli osobami aktywnymi, nie mieli chorób, które zagrażałyby życiu – tłumaczą siostra i bratowa.

W kwietniu obchodzili 50. rocznicę ślubu, złote gody. Zrobili przepiękną imprezę w Złotniku latem. To było ostatnie wspólne spotkanie.

 Jednego dnia odeszli

Pani Ela pomagała Marioli, gdy ta musiała skompletować odzież na pogrzeb.

– Szukała czarnej kurtki. Mówiła w sklepie, że potrzebuje na pogrzeb rodziców. W sklepie usłyszałyśmy pytanie zaskoczonej sprzedawczyni: „Jak to, rodziców?” A ja potwierdzałam, że jednego dnia zmarł jej i ojciec, i matka – opowiada pani Ela.

Rodzina została mocno doświadczona nieszczęściem.

– W piątek, 20.11., był pogrzeb kuzyna. Nie był zdiagnozowany, ale zmarł kilka dni po tym, jak wzięli go do szpitala.Teraz na pogrzebie moich braci nie będzie. Bo jeden brat chodzi z cewnikiem i czeka na zabieg, a drugi leży pod tlenem z koronawirusem – dopowiada E. Stec. Wzdycha ze smutkiem. – Janek i Walerka jednego dnia poszli do szpitala, jednego dnia odeszli. Teraz też będą razem pochowani.

Ceremonia odbędzie się jutro, w sobotę, 28.11., na cmentarzu w Złotniku o godz. 13.30.

Napisz komentarz »