REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Pomagał innym, sam pomocy nie dostał

Opublikowano 27 listopada 2020, autor: Piotr Piotrowski

Dr Girma Kifetew ze Szprotawy jest pierwszym lekarzem rodzinnym w województwie lubuskim, który zmarł na Covid-19. – Mąż całe życie pomagał pacjentom, a gdy tej pomocy sam potrzebował, nie otrzymał jej od kolegów po fachu ? żali się jego żona, pani Magdalena, która zapowiada skargę na żagański szpital.

Girma Kifetew miał 60 lat. Etiopczyk z pochodzenia, był cenionym pediatrą. Od 32 lat leczył w Szprotawie. Pracował w miejscowym szpitalu i pogotowiu, od 22 lat prowadził praktykę lekarską.

Cały dzień prosił o tlen

Do żagańskiego 105. Szpitala Wojskowego doktor trafił w piątek, 13 listopada. Miał duszności, problemy z oddychaniem i gorączkę.

– I bardzo niską saturację, czyli wskaźnik nasycenia tlenem hemoglobiny krwi obwodowej – na poziomie 84 procent ? mówi żona lekarza, Magdalena Kifetew, która w Szprotawie prowadzi swoją praktykę pielęgniarską i zbadała go za pomocą pulsoksymetru. – W drodze do szpitala mąż dostał tlen, dzięki czemu poziom saturacji w momencie przyjęcia na oddział wynosił 93 procent. Test wykazał obecność koronawirusa. Z racji, że mąż był lekarzem, trafił do jednoosobowej sali. Niestety, następnego dnia (14 listopada ? red.) stan męża znacznie się pogorszył. Zostawiony samemu sobie w szpitalnym pokoju przez całą sobotę dusił się i błagał personel, aby go podłączyć do tlenu. Wstał nawet z łóżka i doszedł do drzwi, prosząc o pomoc. Pielęgniarki oznajmiły mu, że to nie one o tym decydują. I kazały nie wychodzić z sali. Niestety, ani w dzień, ani w nocy lekarz nie raczył zajrzeć do pokoju męża. Ja sama wykonałam dziesiątki telefonów do personelu żagańskiego szpitala. Nic to nie dało.

Szpital to nie tylko łóżko

Po tym, jak stan doktora jeszcze bardziej się pogorszył, w niedzielę, 15 listopada, karetka przetransportowała go do szpitala w Gorzowie Wlkp., gdzie został podłączony do respiratora. Po dwóch dniach, 17 listopada, doktor zmarł.

– Mam ogromny żal do żagańskiego szpitala, że zaniedbał prostą sprawę. Wystarczyło stosować tlenoterapię. Szpital to nie tylko łóżko, to nie miejsce od przechowywania ludzi, ale udzielania pomocy. Mój mąż jej nie otrzymał – twierdzi pani Magdalena.

Szpital się broni. Ryszard Smyk, zastępca komendanta 105. Szpitala Wojskowego ds. medycznych, tłumaczy, że w momencie przyjęcia pacjenta, saturacja była w normie i wynosiła 93 procent.

– Są różne pulsoksymetry, czyli urządzenia do określania poziomu saturacji. Jedne są miarodajne, inne – zwłaszcza chińskiej produkcji – zawodzą – mówi. – Dla nas niezawodną metodą jest gazometria, czyli badanie służące do oceny wymiany gazowej oraz równowagi kwasowo-zasadowej, polegające na pobraniu krwi z opuszka palca.Nieprawdą jest to, że pacjent leżał cały dzień bez opieki. Nie dostał tlenu, za to dwie dawki leku Remdesivir. W niedzielę do szpitala zadzwoniła żona, żądając wypisania pacjenta i przewiezienia go do szpitala w Gorzowie Wlkp. Twierdziła, że w żagańskim szpitalu nie ma odpowiedniego sprzętu, ale nie określiła, o jaki sprzęt dokładnie chodzi. Odradzaliśmy transport do Gorzowa. 140-kilometrowa podróż była poważnym zagrożeniem dla życia pacjenta. Co ciekawe, sam pacjent nie skarżył się na warunki w naszym szpitalu – przekonuje Smyk.

Rodzina doktora zapowiada skargę do Narodowego Funduszu Zdrowia.

– Nie podaruję żagańskiemu szpitalowi! ? podkreśla pani Magdalena.

Doktor zostawił dwie córki – w wieku 22 i 17 lat.

Napisz komentarz »