REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Ewa odeszła na zawsze

Opublikowano 27 listopada 2020, autor: bj

Chorowała krótko. Ewa Jereczyńska (? 60 l.) miała właśnie przechodzić na emeryturę. Zmarła w sobotę, 21.11.

Zawsze pełna wigoru i energii. Ewa Jereczyńska  ( 60 l.) była intendentką w Żłobku nr 1 przy ul. Okrzei w Żarach. Chciała się cieszyć życiem. Miała plany, urządzała ogródek. Był jej pasją i wielkim marzeniem, które właśnie zrealizowała. W sobotę, 21.11., w 105 Szpitalu Wojskowym w Żaganiu odeszła na zawsze. Na emeryturę miała przejść 2 tygodnie później, 6 grudnia.

– Ostatnio śmiała się: „W żłobku chyba do samej śmierci będę pracować, bo co ja będę robić na tej emeryturze?” Na ogródku altankę zbudowali, grillo-wędzarnię sobie wymarzyła, to jej pobudowałem. Wszystko już sobie pod to przygotowała – opowiada Mariusz Jereczyński, syn zmarłej E. Jereczyńskiej z Łazu.

Co ja na emeryturze będę robić

Praca w żłobku była jej pasją.

– Poszła tam zaraz po skończeniu szkoły. Praca była dla niej wszystkim. Pracowała tam, odkąd pamiętam. Czasem mówiła: „Oj, co ja na tej emeryturze będę robić”. Bo miała iść na nią za trzy tygodnie… – opowiada Mariusz Jereczyński, syn zmarłej

Była bardzo pracowita.

– Żłobek był jej drugim domem. Często pracę do domu brała. Mówiła: „Byłam chora, dziewczyny mi podrzucą papiery”. Dziś pani Ala, dyrektorka, mówi, że mama czuwała nad wszystkim – opowiada syn zmarłej.

– Dla mnie była prawą ręką. Rzetelnym pracownikiem, na którego mogłam zawsze liczyć, ale też przede wszystkim koleżanką. Gdy przyszłam do pracy 17 lat temu do żłobka, pani Ewa już była. To człowiek, którego będzie trudno zastąpić – wspomina Alicja Tomaszewska, dyrektorka Żłobka nr1.

Łapała oddech jak ryba

Pani Ewa w żałobie pozostawiła męża Jana, syna Mariusza i córkę Justynę oraz wnuczęta, Gabrysię, Oliwię i Igora. Z mężem przeżyła okrągłe 40 lat.

Jej choroba trwała krótko. Zawsze była pełna wigoru, nie uskarżająca się na żadne dolegliwości.

– Wcześniej półtora tygodnia była w domu. Miała silne bóle brzucha, biegunkę. Gorączka dochodziła do 38 stopni Celsjusza. Pierwsza pani doktor, z którą miała kontakt, powiedziała, że to ostre zapalenie trzustki. Dostała paracetamol i witaminę A i D. Kazali to łykać. Tak jej zdaniem wynikało z objawów. Z tym też objawem była wieziona do szpitala. Ale wiadomo, organizm był już mocno osłabiony. Miała duszności. Łapała oddech jak ryba – wspomina pan Mariusz.

Gdy pani Ewa już nie mogła wstać i oddychać, karetka zabrała ją do szpitala.

– Niestety, kroplówki już nie pomogły. Może gdyby wcześniej to było… – zastanawia się M. Jereczyński.

To straszny widok

Syn pani Ewy wspomina, że mama zawsze była twardą kobietą.

– O sobie myślała na końcu i trochę bagatelizowała. Bardziej myślała o innych. Sobie od ust by odjęła, by innym dać – wspomina.

Pan Mariusz mocno zmienił zdanie na temat koronawirusa.

– Ja się śmiałem z tego wszystkiego.  Byłem po mamy rzeczy w Żaganiu. Wszedłem do szpitala. Dali mi ten kombinezon. Widok był przerażający. Widziałem worki z rzeczami zmarłych pacjentów. Każdy podpisany imieniem i nazwiskiem. To straszny widok – przyznaje.

E. Jereczyńska została pochowana wczoraj, w czwartek, 26.11., na cmentarzu w Mirostowicach Dolnych.

komentarz »
  1. Krynia 4 grudnia 2020 17:04 - Odpowiedź

    Pozostanie na zawsze w naszych sercach.Żegnaj Ewciu (:

Napisz komentarz »