REKLAMA

Zdrowie

Lekarz zakażony, SOR zamknięty

Opublikowano 20 listopada 2020, autor: bj

Marek Femlak, lekarz ze 105. Szpitala Wojskowego, źle się nie czuł, ale nie podejrzewał, że to Covid. Pracował. Gdy okazało się, że ma koronawirusa, trzeba było zamknąć Szpitalny Oddział Ratunkowy, gdzie dyżurował.

Najpierw w ogóle nie podejrzewał, że jest zakażony.

– Przede wszystkim byłem zmęczony. W październiku miałem 13 dyżurów na SOR, każdy po 24 godziny, czasem 48 godzin – opowiada M. Femlak. Bolała go głowa i kręgosłup. – Myślałem, że to z przepracowania. Miałem węch, smak. Ani kaszlu, ani duszności – zapewnia. Ale organizm odmawiał posłuszeństwa. – Zawsze wydaje mi się, że wiem lepiej, ale posłuchałem ratownika, Andrzeja, któremu teraz dziękuję. Powiedział: „Doktor, źle wyglądasz, chyba jesteś zajechany, jedź chłopie do domu, odpocznij”. Widział krople potu na moim czole.  No i pojechałem. Spałem 14 godzin – wspomina. – Potem żona zapytała mnie krótko, czy chcę być na ślubie córki w przyszłym roku. Córka to samo. Te słowy dały mi do myślenia.

W środę, 11.11., zrobiono mu wymaz na obecność koronawirusa. Wynik był w piątek, 13.11. Okazało się, że jest zakażony. Trafił na oddział wewnętrzny 105. Szpitala Wojskowego w Żarach, który przyjmuje tylko pacjentów covidowych.

– Gdy przyszedłem na oddział, położyłem się na łóżku, na którym dwie godziny wcześniej zmarł pacjent. Niestety, ludzie tu umierają – przyznaje. – Od razu ruszyłem z leczeniem. Zrobiłem tomografię. Wyszło zapalenie płuc, na szczęście płuca zajęte tylko w 20 procentach, u podstaw. Nie wymagałem tlenoterapii. Dostałem kroplówkę, leki – opowiada. I dodaje: – Czuję się coraz lepiej. Wrócił apetyt i siły.

Od piątku, 13.11., był pacjentem oddziału wewnętrznego 105. Szpitala Wojskowego w Żarach. Do domu wyszedł w środę, 18.11.

– Tylko ja jestem chory. Córka z nami nie mieszka, bo studiuje. Żona jest zdrowa. Ona dyżuruje na SOR, ale w czystej strefie. Robiła wymaz i ma ujemny – podkreśla M. Femlak. – W domu mam takie warunki, że mogę się izolować – zapewnia.

Nie wie, gdzie mogło dojść do zakażenia.

– Może na ulicy? A może w pracy? Jak się reanimuje pacjenta albo osłuchuje to jest ryzyko. Liczyłem się z tym, bo tu co chwila jakiś lekarz zarażony, jakaś pielęgniarka – mówi. – Gdy się pracuje na oddziale zakaźnym, wszyscy wiedzą, że pacjent jest zakaźny. Tymczasem na SOR wjeżdża karetka i nie zawsze wiadomo, czy czysta, czy brudna. Niedawno była taka sytuacja, że wjeżdża pacjent z udarem. Ratownicy mówią, że temperatury nie ma. My badamy i jest. Okazuje się że jest niewyraźna mowa, niekontrolowane ruchy rąk, nóg i osłabienie. Mnie to pachnie koronawirusem. Mimo że udar, to zostawiamy go na strefie brudnej – wspomina.

Zamknięty SOR

W związku z wykryciem zakażenia u M. Femlaka, Szpitalny Oddział Ratunkowy musiał zostać zamknięty w piątek, 13.11., o godz. 19.

– Lekarz dużo dyżurował na SOR-ze przez ostatnie dni, dlatego podjąłem decyzję o zamknięciu oddziału. Wymagał dezynfekcji większej niż zwykle. Najpierw musieliśmy wypisać pacjentów, którzy tam byli. Ta procedura trwała 12 godzin. Zostali przekazani do Żar i Żagania, część do ościennych szpitali. Przypadki niecovidowe – do Szpitala na Wyspie. Żeby można było zamgławić, czyli zdezynfekować oddział, musiał być opróżniony, bo te substancje są toksyczne – tłumaczy Ryszard Smyk, zastępca komendanta ds. leczniczych.

Dezynfekcję szpital robi we własnym zakresie.

– Mamy własne zamgławiarki i specjalne preparaty do dezynfekcji. Od godz. 20 w niedzielę SOR był gotowy do pracy – dodaje R. Smyk.

Papierowy mundurek

M. Femlak zastrzega, że szpital zna z każdej strony. Teraz patrzy na to z perspektywy pacjenta, ale z doświadczeniem lekarza.

– Na oddziałach jest cholernie ciężka praca, ale piekło jest na SOR-ze. Pracownicy ubierają się w te kombinezony, rozbierają, po kilka razy dziennie. Pacjenci są różni, w stanach lżejszych lub cięższych – opowiada. – Na SOR-ze jest 7 łóżek, a zdarzało się, że było tam 17 pacjentów. Z covidem, z zapaleniem płuc. A na podjeździe 7 karetek – mówi. – Wstawiamy łóżka. I wózki dla tych, którzy są zdrowsi. Oczywiście możemy tam podłączyć tlen, warunki są w miarę godne. Salę reanimacyjną zamieniamy na brudną, jeżeli przyjeżdżają pacjenci covidowi. Mamy tam 2 łózka, jest możliwość wstawienia  kolejnych 2. Do tego 2 kolejne w izolatce – wylicza M. Femlak.Mamy takie papierowe mundurki – spodnie i jednorazowe bluzy. Ubieramy to pod ten kombinezon. I w tym się chodzi. Dodatkowo w goglach i rękawicach. Gogle parują, kombinezony nie przepuszczają powietrza. Wychodzi się na zewnątrz na podjazd, tam jest taki tunel foliowy, gdzie można to zdjąć. Czasem w nocy, w niskich temperaturach, po zdjęciu kombinezonu w tym papierowym, przepoconym mundurku się zostaje. Żeby dojść do strefy czystej, trzeba na zewnątrz iść około 70 metrów do miejsca, gdzie można się wykąpać, przebrać. Ale ratownicy, obsługa karetek, pielęgniarki mają jeszcze gorzej, bo pracują w tym kombinezonie znacznie dłużej niż lekarze. To katorżnicza praca – ocenia M. Femlak..

Zdarza się, że SOR jest pełen.

– Szukamy wtedy miejsc w innych szpitalach. Ostatnio 6 pacjentów dwiema naszymi karetkami pojechało, w każdej był jeden leżący pacjent i dwójka takich, którzy mogli siedzieć – wyjaśnia.

Najbardziej dziwi go, że ciągle podnoszą się głosy antycowidowców. Tym bardziej, że ludzie umierają. W różnym wieku. Przestrzega, że śmiertelnie niebezpieczne mogą być opóźnienia w diagnostyce, nawet 3-4 dni powoduje, że zapalenie płuc z 10-20 proc. idzie w górę na 80-90, a wówczas już jest potrzeba podłączenia do respiratora. Zapewnia, że to częste przypadki.

Napisz komentarz »