REKLAMA

Aktualności, Ludzie, wydarzenia

Nigdy nie chorował. Zabił go Covid

Opublikowano 13 listopada 2020, autor: Piotr Piotrowski

40-letni żołnierz z Żagania przegrał walkę z koronawirusem. – To dla mnie szok. Mąż nigdy nie chorował. Co roku szczepił się na różne choroby – mówi żona Marcina Jankiewicza, Agnieszka.

Marcin źle się poczuł w piątek, 30 października, wieczorem. Zmierzył sobie temperaturę. Termometr wskazał ponad 39,5 stopnia.

– Mąż słabł z każdą godziną. W sobotę ledwo doszedł do toalety – opowiada Agnieszka Jankiewicz. –  Sytuacja pogorszyła się w poniedziałek. Mąż dostał biegunki, miał problemy z oddychaniem. W telefonicznej poradzie lekarz nakazał mu dzwonić na pogotowie. Z numeru 112 przełączono nas do dyspozytorki pogotowia. W słuchawce usłyszałam, że Marcin nie zostanie przyjęty na oddział żagańskiego szpitala, bo nie ma zrobionego testu na Covid. Pani z pogotowia stwierdziła, że jak mąż jest młody, silny, a do tego świadomy i nigdy nie chorował, to poradzi sobie z przeziębieniem. Podkreśliła, że nie ma zagrożenia życia.

Tracił oddech

Marcinowi pozostało brać leki antygrypowe. We wtorek, 3 listopada, pobrano od niego wymaz na Covid. Jego stan pogorszył z czwartku na piątek (5/6 listopada).

– Marcin nie mógł złapać oddechu, miał duszności, tracił świadomość. Po kolejnych telefonach na numer alarmowy, w końcu przyjechało pogotowie, która zabrało go do szpitala – dodaje pani Agnieszka. – Do karetki ledwo doszedł. Był rozpalony, miał 41 stopni. Najpierw zabrano go na Szpitalny Oddział Ratunkowy do Żar, a stamtąd na pulmonologię do Żagania. Na SOR-ze wynik testu był znany w godzinę. Oczywiście wyszedł pozytywny. Tymczasem wynik poprzedniego testu nadal był nieznany. Na oddziale sprawy potoczyły się szybko. Marcinowi podano tlen i lek remdesivir. W sobotę Marcin pisał w SMS-ach, że jest lekka poprawa. Wierzyłam, że będzie dobrze, że mąż  – młody, silny i zdrowy człowiek – zwalczy wirusa. W niedzielę wieczorem telefon już milczał. Podobnie było w poniedziałek, 9 listopada. O godz. 15.00 jego serce stanęło, mimo godzinnej reanimacji.

Zabawa w bogów

Pani Agnieszka ma żal do systemu opieki zdrowotnej.

– Nasza służba zdrowia kulała już wcześniej, ale tak źle, jak jest teraz, w czasie pandemii, to jeszcze nie było – mówi. – Panie przyjmujące zgłoszenia na numery alarmowe i w pogotowiu bawią się w jakichś bogów. To one decydują na podstawie wieku, krótkiego wywiadu i braku testu, czy człowiek ma czekać na śmierć w domu, czy może trafić do szpitala – żali się A. Jankiewicz. – Jak to jest, że mąż czekał na wynik testu trzy dni? Gdy się dusił, nadal nie wiedział, czy ma Covid. Za to w szpitalu wynik był znany w godzinę. Może gdyby wynik testu był znany szybciej, gdyby karetka zabrała go już kilka dni wcześniej, o co prosiłam, to dziś Marcin by żył!

Pan Marcin zostanie pochowany na żagańskim cmentarzu we wtorek, 17 listopada. Zostawił 19-letnią córkę, która niedawno zdała maturę.

– Był bardzo dumny z tego, że córka dostała się na studia, na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Chwalił się tym wszystkim – podkreśla żona, która pana Marcina poznała w szkole średniej. – Razem spędziliśmy cudowne 24 lata. To był złoty człowiek. Kochany mąż i przyjaciel. Miał gołębie serce, nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Stanowczo był za młody na śmierć, na to, aby zostawić kochającą żonę i córkę.

Żołnierz – misjonarz i piłkarz

Chorąży Marcin Jankiewicz zawód żołnierza traktował nie tylko jako misję, ale i pasję. Był weteranem misji pokojowych ONZ i stabilizacyjnych, m.in. w Republice Czadu i Republice Środkowoafrykańskiej oraz Afganistanie. Działał w Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ. Został wyróżniony „Gwiazdą Weterana” oraz medalem „W 25 rocznicę Nadania Siłom Zbrojnym ONZ Pokojowej Nagrody Nobla”.

Maciej Jankiewicz podkreśla, że brat nigdy nie chorował. Jako żołnierz, misjonarz i strażak wojskowy co roku był szczepiony przeciw różnym chorobom.

– To dla mnie szok, że już nie zobaczę brata. Myślałem, że sobie z tym poradzi. Przecież wcześniej nawet zwykłe przeziębienie się go nie czepiało. Uprawiał sport, dużo jeździł na rowerze, biegał. Kochał futbol, grał w piłkę, m.in. w drużynie Beskidu Bożnów, której był kapitanem – podkreśla. – Był nie tylko moim bratem, ale wspaniałym przyjacielem. Razem graliśmy w piłkę w Beskidzie. Był chrzestnym mojego starszego syna Wojtka, który bardzo lubił wujka. Mieli ze sobą świetne relacje. Brat nigdy nie odmówił pomocy. Nawzajem się wspieraliśmy, w każdej sytuacji. Ciągle nie mogę uwierzyć, że już go nie zobaczę. Mamy żal do służby zdrowia, że do szpitala Marcin trafił, gdy było już za późno. Moim zdaniem, polski system zdrowia nie radzi sobie z pandemią.

Napisz komentarz »