REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Pisała testament, zwijała się z bólu

Opublikowano 13 listopada 2020, autor: bj

Covid przechodziła w samotności, w domu. Jednej nocy pisała testament, czasami zwijała się z bólu na podłodze. Teraz chce ratować innych.

– Trzeba walczyć i nie poddawać się. Nawet jeżeli wszystko boli. Nie życzę tego nikomu. Ja podobno lekko to przeszłam, bo nie trafiłam do szpitala i przeżyłam. Ale ta choroba nauczyła mnie przede wszystkim pokory – mówi Alicja Kuźmińska (60 l.), radna miejska z Lubska, emerytowana policjantka, która od 2.11. jest ozdrowieńcem.

Teraz sama chce pomagać i oddawać osocze, gdy tylko będzie to możliwe. Dziennikarzowi gazety „Regionalnej” opowiedziała o tym, jak przechodziła chorobę i jak bardzo jest wdzięczna wszystkim, którzy nie pozostawali obojętni.

Od czego to się zaczęło?

– Brałam udział w proteście, 16.10., w sprawie budowy obwodnicy Lubska. Byłam wówczas zdrowa. Ale po powrocie do domu, wieczorem, dostałam ataku kaszlu i temperatury. I od tego momentu niesamowita słabość dosłownie położyła mnie do łóżka – opowiada A. Kuźmińska.

Pani Alicja mieszkam sama.

– Nie mam dzieci, a mojego męża kilka lat temu zabrała choroba nowotworowa. Ale mam pieska, malutkiego, rasy chihuahua. Wabi się Tinka. Ma 11 lat. Najgorszy problem był z tą moją pupilką. Przecież ma swoje potrzeby. Ale uzyskałam pomoc z Animalsów. Zaczęła przychodzić przesympatyczna dziewczyna, Magda, która mi pieska wyprowadzała. Po kilku dniach o mojej chorobie dowiedzieli się sąsiedzi, którzy mieszkają piętro niżej. Zadzwonili do mnie. Też wyprowadzali pieska – wspomina.

Z nią samą było jednak źle.

– Nikt nie przyjdzie do człowieka, nie zbada. Lekarz nie dotrze, pielęgniarka też nie. Na podstawie opisu najpierw stwierdzono silne zapalenie oskrzeli. Ktoś mi poradził, żeby przyjąć witaminę D3 30 tysięcy jednostek. Bardzo silną. Ponoć to też pomogło mi przetrwać – mówi.

Ale zanim to nastąpiło, dużo przeszła.

– Najgorsza była gorączka. Trawiła mnie od rana do nocy, ale to noce były najgorsze. Męczył mnie okropny kaszel. Miałam wszystkie objawy koronawirusa, łącznie z wysypką. To rzadko się zdarza. Był też jadłowstręt. I bóle skóry. Najdelikatniejszy dotyk odczuwałam jak przenikliwy ból. Jak się kładłam, to miejsca nie mogłam sobie znaleźć. Wyglądało to tak, jakbym na całym ciele miała odleżyny. Bolał mnie każdy staw. Ropiały oczy. Ból głowy był nie do zniesienia. Do tego ból żołądka, biegunka. Cała paleta objawów. Duszności. Po nocach otwierałam okna, żebym mogła powietrze złapać. Była jedna taka noc, że siadałam i pisałam testament, żeby wiedzieli, co mają zrobić ze wszystkim, bo pomyślałam, że rana nie doczekam. Noc przetrwałam. Później miałam jeszcze jedną taką kryzysową noc, że ból całego ciała mnie zwijał po podłodze. Że w zasadzie nie wiedziałam, czy mi wrzody pękają, czy coś się dzieje w środku. Ale jakoś to przetrwałam – opowiada.

W końcu po trochu objawy ustępowały.

– Po tym ostatnim nocnym ataku bólu, następnego dnia po południu poczułam się lepiej. Dałam radę. Przetrzymałam – mówi z ulgą.

To nie jest zwykła grypa!

Przyznaje, że gdy wcześniej słyszała o tej chorobie, bagatelizowała zagrożenie.

– Byłam sceptycznie nastawiona do tego koronawirusa. Wydawało mi się, że to jest po prostu odmiana grypy. Ale teraz każdemu powiem – to nie jest zwykła grypa. I nie wolno tego lekceważyć! – przestrzega.

O swoim wyzdrowieniu mówi, że to chyba był cud.

– Po prostu cud. Widocznie mnie na tamtym świecie jeszcze nie chcieli. Może mam tu coś jeszcze do zrobienia, no i jest też moja mała Tinka – mówi.

Refleksji ma więcej.

– Ten czas nauczył mnie jednego – warto być dobrym człowiekiem. Bo ja w najtrudniejszych dla mnie chwilach, w tej chorobie, spotkałam się z ogromną życzliwością sąsiadów, znajomych, naturalnie przede wszystkim ze strony rodziny. Tyle telefonów, SMS-ów… Nawet nie wszystkie byłam w stanie odbierać. Bo w trakcie tej choroby czasem po prostu nie miałam siły. Pod moimi drzwiami zostawiali i picie, i jedzenie. Gotowane rzeczy. Bardzo dużo pomogli. A w ogóle samo odczucie, że ktoś myśli, martwi się. Bo ta choroba jest najgorsza, gdy się ją przechodzi w samotności. Ludzie bardzo dużo pomogli i wspierali psychicznie – podkreśla.

Teraz ona chce pomóc. Ma grupę krwi BRh+ i zamierza zadeklarować się jako dawczyni osocza.

– Chcę ustalić, kiedy będę mogła je oddać. Jeśli mogę komuś pomóc, to nie ma nic piękniejszego. Słyszałam, że jedna osoba będąca ozdrowieńcem może uratować nawet trójkę ludzi. Ale choćby to był jeden człowiek… To już będzie coś. Życie ludzkie jest najcenniejsze. A ja tę pomoc rozumiem jako swój obowiązek – kończy A. Kuźmińska.

Napisz komentarz »