REKLAMA

Gospodarka

Gastro się gotuje

Opublikowano 06 listopada 2020, autor: Michalina Kozarowicz

Niepewność i stres, to niestety głównie odczuwają przedstawiciele żarskiej gastronomii. Oszczędności skończyły się wiosną, a lato nie było tak dobre jak zazwyczaj. Wielu przedsiębiorców martwi się o przyszłość swoich firm.

Historia lubi czasem zatoczyć koło. Niestety, tym razem wybrała czarny scenariusz. Ledwie przedstawiciele branży gastronomicznej zaczęli radzić sobie ze skutkami wiosennego zamknięcia ich biznesów, a znów dopadły ich obostrzenia.

– Prowadzę kawiarenkę – mówi Agnieszka Kubicka, właścicielka „Kawiarenki u Agnieszki” w żarskim Rynku. – Nie mamy dań na wynos. Sprzedajemy słodkości, śniadania. Ludzie przychodzą do nas, żeby zjeść coś dobrego, spotkać się tu z przyjaciółmi, posiedzieć, odpocząć. Przez to, że wszystko jest zamknięte, nie robimy też tortów i słodkości na imprezy okolicznościowe. W mojej firmie praktycznie praca stoi. Zatrudniam trzy osoby. Ja jestem czwarta. Zwolnienie z ZUS-u, które proponuje rząd, jest dobre, ale to za mało. Potrzebuję pieniędzy na wypłaty dla pracowników, ja też się muszę utrzymać. Czynsz za lokal, opłaty firmowe, prywatne rachunki. To wszystko to kilka tysięcy złotych miesięcznie. Takie małe lokale jak nasz, gdzie praktycznie nie mamy kontaktu z klientem, bo podchodzimy, przyjmujemy zamówienie, a potem je tylko donosimy, to ten kontakt jest minimalny i moglibyśmy być otwarci, nie stanowimy zagrożenia. Uważam, że większość z nas, przedsiębiorców branży gastro, nie przetrwa kolejnego zamknięcia firm – dodaje A. Kubicka.

Pomoc jest za mała

Większość przedsiębiorców uważa, że najlepszą pomocą byłaby zgoda na to, by mogli dalej normalnie pracować.

– Wyjście na miasto, by coś zjeść, stało się już u nas czymś zupełnie normalnym – mówi Marcin Witek, właściciel dwóch żarskich restauracji, „Burger Room” i „Didim Kebab & Grill Kuchnia Wschodu”. – Dla restauratora gwar pracy i gości w jego restauracji to najlepszy dźwięk na świecie. Ta pustka, którą mamy teraz, jest bardzo przygnębiająca. Wynosy to tylko około 20% naszych obrotów. Gdy ludzie jedzą na miejscu, zamawiają też coś do picia. I my tak zarabiamy. Na wynos klienci biorą tylko hamburgery. Przez kilka miesięcy szykowałem się do otwarcia nowego lokalu. Teraz nic z tego – przyznaje. I dodaje: – Koronawirus to realne zagrożenie, ale uważam, że można pozwolić nam pracować. Zwolnienie z ZUS jest ok, ale to bardzo mała pomoc. Mam dwa lokale i te koszty to dla mnie kilkanaście tysięcy złotych w skali miesiąca. A gdzie pensje i inne koszta? Już latem było widać, że klienci się zmienili. Boję się, że nie uda nam się odbudować tej kultury wychodzenia z domu, jaką mieliśmy przed pandemią. Nie po to zająłem się w życiu gastronomią i dawaniem ludziom radości jedzenia, by teraz pracować w pustym lokalu – mówi M. Witek.

Ludzie się boją

Sezon letni, choć pomógł przedsiębiorcom nieco odetchnąć po wiosennym lockdownie, nie był tak dobry jak zazwyczaj.

– Po klientach widać było, że się boją – mówi Iwona Kwiatkowska, właścicielka pizzerii „Caramba” w Żarach. – Mamy dowozy i wynosy, ale sprzedaż w porównaniu z zeszłym rokiem jest mniejsza o około 70-80%. Ludzie wolą teraz oszczędzać. Nie wiadomo, co będzie z kolejnymi firmami, z pracą. Na przyjemności szkoda pieniędzy i to jest zrozumiałe, towarzyszy nam atmosfera lęku. Boję się o utrzymanie firmy. Wiosną nie musiałam nikogo zwalniać, ale teraz nie wiem, czy uda się zatrzymać cały zespół. Bardzo się tego boję, bo jest ciężko o dobrego pracownika. Wiosną robiłam roszady, zmniejszyłam wymiar godzin i przetrwałyśmy. ZUS, dzierżawa to w przypadku mojej firmy 6-7 tys. zł. Fajnie by było, jakby rząd dorzucił się do pensji. Mam mały lokal. Kilka stolików wewnątrz i na trasie. Rozumiem zakaz organizacji wesel, bo to duże skupiska osób. Ale do restauracji ludzie przychodzą w wąskim gronie, spędzają czas z rodziną czy znajomymi. To zupełnie inny klimat. Wynajmuję lokal od MOSRiW-u, napisałam prośbę o zmniejszenie czynszu. Zmniejszono mi go z 3 tys. zł na 1 tys. 500 zł. A to już pieniądze na część wynagrodzenia dla pracownika – dodaje I. Kwiatkowska.

Mniejsze obroty odnotowują również bary, nastawione na garmażerkę.

– Mamy naszych stałych klientów – mówi Michał Gała, właściciel baru „Hades” w Żarach – ale przez zamknięcie szkół widać już spadek zamówień. Nabrałem nadziei przez lato i wrzesień, że wszystko wróciło do normy. Jesteśmy nastawieni na obiady i pracowaliśmy na pełnych obrotach. Teraz znowu wszystko stoi pod znakiem zapytania. Boję się powrotu sytuacji z wiosny. Wtedy było naprawdę ciężko – dodaje.

Napisz komentarz »