REKLAMA

Sport

Kocham moją drużynę

Opublikowano 23 października 2020, autor: Michalina Kozarowicz

Podobno nic dwa razy się nie zdarza, a jednak. Tomasz Żółkiewicz z Żar znów obejrzał mecz swojego ukochanego WKS-u Śląska Wrocław z podnośnika.

Tomasz Żółkiewicz, współwłaściciel firmy „Tempus” z Żar, w niedzielne (18.10) popołudnie znów wjechał podnośnikiem na wysokość 26 metrów, by obejrzeć mecz WKS Śląska Wrocław z Wisłą Płock na stadionie w Płocku. Kibic słynie z tego, że dla swojej drużyny jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Ostatnio było o nim głośno w czerwcu, kiedy pierwszy raz wynajął dźwig, żeby z wysoka dopingować swoich idoli podczas meczu, którego nie mógł obejrzeć z trybun przez epidemię koronawirusa. Wówczas Śląsk Wrocław pokonał Wisłę Płock 2:1. W październiku wynik był mniej udany. Śląsk przegrał 0:1.

Czuję się upokorzony

– Za pierwszym razem, to było nawet zabawne – mówi pan Tomasz. – Teraz uważam, że to zwyczajnie żenujące, że nas, kibiców, zmusza się do uciekania do takich sztuczek. Nazwę to wprost – czuję się tym upokorzony. Rządzący z nas kpią. Można wchodzić do kin, teatrów, kościołów, które są pod dachem, a zabrania się oglądania meczów, rozgrywanych na świeżym powietrzu. Niektóre stadiony, jak ten we Wrocławiu, mieszczą nawet 40 tys. widzów. Naprawdę jest tam dość miejsca, by rozsadzić wszystkich  bezpiecznie – dodaje zdenerwowany.

T. Żółkiewicz przez ostatnie 10 lat opuścił tylko dwa mecze swojej ukochanej drużyny. Dziewięć lat temu, kiedy Śląsk grał z Bełchatowem przy pustych trybunach, oglądał mecz z drzewa. Rok później, gdy wrocławscy kibice mieli zakaz wyjazdowy za burdy, wszedł na stadion, udając Szweda.

– Część ludzi może tego nie zrozumieć lub uznać nawet za fanatyzm, a inni, że wynajęcie dźwigu i zapłacenie za niego paru złotych to gruba przesada. Ja po prostu kocham moją drużynę i dla mnie to normalne być z nimi na dobre i złe – opowiada

T. Żółkiewicz tym razem na dźwigu nie był sam. Towarzyszyła mu znajoma.

– Paweł Lipnicki, mąż Marty, która była razem ze mną na podnośniku, jest dziennikarzem. Dostał akredytację i poszedł ma mecz. Marta wjechała ze mną na górę – mówi.

Szacunek

W niedzielę pogoda była nieciekawa. Mocny wiatr, niebo zasnute chmurami nie napawały optymizmem.

– Bałem się, czy to się w ogóle wszystko uda. Wiał naprawdę silny wiatr, nie było już tak przyjemnie jak w czerwcu, kiedy stałem w podkoszulku. Teraz miałem kurtkę, czapkę, a i tak wymarzłem przez te dwie godziny. Policja się nami nie interesowała. Wręcz popierali to, co robimy. Mieliśmy tylko mały problem z firmą ochroniarską, która pilnuje parkingu, gdzie stanął wysięgnik. Parking należy do miejskiego ośrodka rekreacji i nie podobało się im, że tam stoimy. Ale kierowca wysięgnika powiedział im, żeby odpuścili i dali ludziom obejrzeć mecz. Ludzie reagowali bardzo pozytywnie, gdy rozeszło się po mieście, że znów to robimy. Podjeżdżające samochody zwalniały, a ich kierowcy krzyczeli do nas: „Szacunek”. W takich chwilach wiem, że warto się starać – dodaje T. Żółkiewicz.

Z panem Tomaszem rozmawiamy we wtorek, 20.10., kiedy jest w drodze do Warszawy na mecz WKS-u z Legią Warszawa.

– Na ten mecz udało mi się zdobyć akredytację i obejrzę go jako dziennikarz. Będę robić wszystko, żeby zobaczyć każdy mecz mojej drużyny, ale wszystko zgodnie z prawem – podkreśla kibic.

Napisz komentarz »