REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Uśmiech i miłość to podstawa

Opublikowano 21 sierpnia 2020, autor: bj

W dobrej formie, uśmiechnięta i w gronie najbliższych. Tak 90 urodziny obchodziła Wiktoria Kozińska z Grabika.

Okrągłe 90 urodziny obchodziła w gronie najbliższych Wiktoria Kozińska z Grabika (gm. Żary). Na ten jubileusz została zaproszona gazeta „Regionalna”. Pani Wiktoria do Żar, a potem Grabika przyjechała jako nastolatka, razem z innymi repatriantami z Wołynia, ze wsi Lewacze.

Uroczystość (15.08.), która zgromadziła całą rodzinę, była okazją do wspomnień.

Pani Wiktoria miała 11 rodzeństwa.

– Większość zmarła na tyfus. Zostali tylko bracia Adam i Jan oraz siostra Leontyna i ja – tłumaczy. 

W. Kozińska opowiadała, jak wojna wyglądała na kresach. Odczuli ją szczególnie, gdy  wkroczyły tam wojska hitlerowskie.

– Na początek Niemcy spalili dwadzieścia cztery gospodarstwa. Nasz dom uratował się tylko dzięki temu, że Niemcy przerwali akcję, gdy zorientowali się w popełnionej pomyłce. Za sprzyjanie”bandytom”, czyli radzieckim partyzantom, mieli spalić nie Lewacze, a inną podobnie dla nich brzmiącą wieś, Woniacze. Żołnierze ograniczyli się więc do splądrowania domów. Nasze kury z poukręcanymi łebkami lądowały w ich torbach – wzdycha.

Na zdobytych terenach Wehrmacht rozpoczynał działania od eksterminacji Żydów. Ci próbowali ratować swoje życie ucieczką do lasu. Mama pani Wiktorii się nimi opiekowała.

– Wstawała o czwartej rano. Piekła dla nich placki. O świcie przychodzili do naszego domu, gdzie czekał na nich ciepły posiłek. Potem biegiem uciekali do lasu. Gdy stało się to groźne i dla nich, i dla nas, nosiłam im jedzenie do lasu razem z przyrodnią siostrą, Rafaliną Rudnicką. Nie mogłam się nadziwić, jak oni mogli tak żyć, szczególnie zimą, gdy temperatura dochodziła do 35 stopni poniżej zera – wspomina.

Trudna historia

Gdy nadszedł koniec wojny, wielu już Wołyń opuściło. Przed wyjazdem zginęła duża część krewniaków W. Kozińskiej.

– Mój dziadek, mamy brat z rodziną i jej siostra z mężem i dziećmi.Wszystkie dzieci zostały otrute. Obok ich ciał znaleziono mnóstwo małych buteleczek po truciźnie – mówi.

Do ojczyzny w zupełnie innym miejscu nie bardzo chcieli jechać.

– Mój ojciec też nie chciał wyjeżdżać i opuszczać ojcowizny. Nie było jednak rady, przyszedł wrzesień i trzeba było się nam zbierać. Rozpoczęliśmy wędrówkę do „ziemi obiecanej”. Starszych ludzi odprowadziliśmy do kolejki wąskotorowej. Ludzie w sile wieku, młodzież i dzieci zaprzęgali woły i wsiadali na wozy, wnosząc dobytek. Transport eskortowali czerwonoarmiści. Nasza wędrówka trochę trwała, bo ochrona miejscami nadkładała drogi, by uniknąć zagrożenia ze strony Ukraińców. Dwa tygodnie czekaliśmy w Rokitnie na załadunek do wagonów kolei szerokotorowej. Po drodze rodziły się dzieci. Moja siostra Leontyna urodziła córkę na słomie w sieni ukraińskiej chaty. Dalszą drogę mogła już odbyć w krytym wagonie. Reszta jechała w odkrytych wagonach, na luźnych deskach położonych na wierzch wagonu, oddzielających dolną część ze zwierzętami. Przytrafiła się nam taka przygoda, że w trakcie snu pospadaliśmy do naszych krów – opowiada pani Wiktoria. I dodaje: – Jechaliśmy przez Kraków i Wrocław. Do Żar przyjechaliśmy 25.10.1945 roku. Ludzie nie byli przygotowani na taką zmianę. Nie chcieli ani nowych domów, ani ziemi. Przecież swoją zostawili na Wołyniu i tam chcieli wracać. Jako tymczasowe brali byle jakie chaty, najczęściej w kilka rodzin, bo było raźniej. Moja mama szybko znalazła swoje miejsce i uznanie. We wsi Grabik Karolina Rudnicka była szanowaną „domową akuszerką”.

Powoli ludzie się przyzwyczajali do nowej sytuacji i ziemi. W. Kozińska w lutym 1948 r. wyszła za mąż za Klemensa, który mieszkał w sąsiednim gospodarstwie. Przeżyli ze sobą 44 lata. Dochowali się 5 dzieci – córek Jadwigi i Krystyny oraz synów Juliana (przed 39 laty zginął tragicznie w wieku 30 lat), Tadeusza i Mirosława.

Panią Wiktorię najbardziej cieszą spotkania z wnukami. Ma ich 10 oraz 11 prawnuków. Najmłodsza Elżbieta ma 2,5 roku. 

– Przez całe życie ciężko pracowałam, ale zawsze byłam radosna, szczególnie gdy mogłam śpiewać, najchętniej o moim Wołyniu – tłumaczy. Całe życie pracowała w gospodarstwie.

Jaka jest recepta pani Wiktorii na zdrowie i pozostawanie w dobrej formie?

– Zawsze to był uśmiech, pomimo przeciwności losu. I cieszenie się rodziną – mówi W. Kozińska.

komentarz »
  1. Jadwiga slipko 29 sierpnia 2020 20:06 - Odpowiedź

    Dziękuję bardzo. Pozdrawiam 🙂

Napisz komentarz »