REKLAMA

Samorząd

Czuję się niewinny

Opublikowano 24 lipca 2020, autor: Piotr Piotrowski

Po 9 miesiącach aresztu burmistrz Szprotawy musiał wpłacić 100 tys. zł kaucji, żeby na proces móc czekać w domu. Jest oskarżony o korupcję. W rozmowie z „Regionalną” opowiada o więziennym życiu i przekonuje, że padł ofiarą prowokacji służb CBA.

„Regionalna”: Dziewięć miesięcy temu agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego wyprowadzili pana w kajdankach z ratusza.

Mirosław Gąsik: To był dla mnie szok i niedowierzanie, najczarniejszy z czarnych snów. Byłem przekonany o pomyłce, że sprawa szybko się wyjaśni. Zamaskowani agenci nagle pojawili się w moim gabinecie. Mało mówili, przedstawili mi zarzut korupcji, zabezpieczyli dokumentację urzędową, po czym skuli kajdankami i wyprowadzili. Z ratusza pojechaliśmy do domu, który agenci dokładnie przeczesali.

Prokuratura oskarża pana o łapówkarstwo. Czy ksiądz jednej ze szprotawskich parafii przyjął półmilionową łapówkę od tajemniczego inwestora w pana imieniu?

To nieprawda. Jestem niewinny. Zostałem wmanewrowany w jakąś dziwną prowokację. Od początku kadencji zależało mi na pozyskaniu inwestorów. Pod koniec ubiegłego roku byłem mamiony obietnicami potężnego inwestora, który miał zainwestować znaczne pieniądze w szprotawskiej strefie przemysłowej. Etapami miał wykupić ją całą. Docelowo 200 hektarów. W pierwszym etapie miało to być 40 hektarów. Ja już sobie oczami wyobraźni dzieliłem te pieniądze, m.in. na wkład własny na inwestycje drogowe, na które gmina miała przeznaczyć 19 mln zł. Cieszyłem się, że dzięki sprzedaży działek w strefie, uda się gminę wyciągnąć z finansowych tarapatów. A przypomnę, że Szprotawa jest jedną z najbardziej zadłużonych gmin w Polsce. Te nasze marzenia zostały w brutalny sposób wykorzystane.

Ale  – jak twierdzą śledczy – ksiądz miał przyjąć korzyść majątkową w pana imieniu. W zamian inwestor miał kupić działki po zaniżonej cenie.

Te zarzuty o łapówkarstwo i ustawienia przetargów są absurdalne i nielogiczne. Choćby z tego powodu, że inwestor pojawił się w momencie, gdy przetarg już trwał. Wszystkie parametry były już ustalone. Mało tego, ten przetarg został ogłoszony publicznie, na stronie urzędu i każdy mógł w nim wystartować. Okazało się, że tym inwestorem był podstawiony agent CBA, a nie firma z zachodnim kapitałem. To wszystko to była ustawka. Nie chcę się wypowiadać na temat przyjęcia łapówki przez księdza. To było poza mną, nie znam sytuacji. Ja w tych rozmowach nie uczestniczyłem. Oczywiście, nie miał on prawa mnie reprezentować w rozmowach z inwestorem. Wspieraliśmy parafię w znalezieniu środków na odnowienie ruin kościoła ewangelickiego. Ten zabytek w centrum miasta grozi zawaleniem. Z tym rzekomym inwestorem – agentem widziałem się dwukrotnie. Raz w ratuszu, trzy tygodnie później zaprosił mnie na spotkanie do pałacu w Wiechlicach. Oba spotkania trwały około godziny.

A jaki udział w tej sprawie miał trzeci zatrzymany, geodeta Zdzisław Sz., który miał żądać 200 tys. zł, chwaląc się inwestorowi, że ma wpływy u konserwatora zabytków, dzięki czemu łatwiejsze będzie załatwienie formalności przy odrestaurowaniu zabytkowego.

Zupełnie tego wątku nie znam. Dowiedziałem się o nim już po zatrzymaniu. Nie znam tego geodety.

Siedział pan w areszcie aż dziewięć miesięcy, bo tyle śledczy potrzebowali czasu na zakończenie sprawy aktem oskarżenia.

Tak naprawdę, to śledztwo można było zakończyć w miesiąc. To wystarczyłoby na przesłuchanie świadków i zabezpieczenie dokumentów. Te dziewięć miesięcy to był dla mnie najciemniejszy epizod w życiu, taka najczarniejsza noc. Ten czas był podzielony na dwu i trzymiesięczne okresy, ponieważ sąd przedłużał mi areszt. Żyłem nadzieją, że za chwilę ten koszmar się skończy. Dziwię się, że tak długo mnie trzymano w więzieniu, bo złożyłem bardzo obszerne wyjaśnienia, odpowiedziałem na wszystkie pytania, które prokuratura mi zadała. Dałem im dostęp do wszystkich moich kont internetowych i bankowych. Mieli pełny dostęp do wszystkiego. Z perspektywy czasu to był element aresztu wydobywczego. Sąd przedłużał mi areszt bez zapoznania się z całym materiałem dowodowym, z uwagi na brak możliwości technicznej odsłuchania podsłuchów. Byłem bezsilny wobec tych decyzji. Z drugiej strony w areszcie robiono wszystko, aby mnie złamać. Przez te dziewięć miesięcy były wyczyniane ze mną różne dziwne rzeczy.

Jakie?

Przez pierwsze cztery miesiące siedziałem z przedsiębiorcami i urzędnikami oskarżonymi o różne czyny. Przez kolejne pięć miesięcy znalazłem się w celach z najbardziej niebezpiecznymi przestępcami. Byli wśród nich gangsterzy podejrzewani o handel bronią, wymuszenia czy haracze, działający w dużych grupach przestępczych. To były osoby grypsujące, czyli osadzeni mówiący więzienną gwarą i przestrzegający określonych w zakładzie karnym zasad. To nie był mój świat, więc czułem się bardzo zagrożony. Myślę, że to było działanie celowe, tak aby mnie złamać, abym się przyznał do wszystkiego.

Musiał się pan nauczyć zasad życia w tej grupie?

Nie miałem wyboru, musiałem się im poddać. Dziś mam w głowie taki mały słowniczek tej więziennej gwary. Np. okno to jest „lipo”, telewizor to jest „szkiełko”, drzwi to „furta”. W więzieniu miałem dużo czasu, więc robiłem notatki. Ta historia nadaje się na książkę, którą zamierzam wydać. Ale były też inne przeciwności losu, z którymi musiałem sobie poradzić. Jak nie mając żadnych ostrych przyborów, jak nożyczki czy nóż, można sobie obciąć paznokcie? Jak sobie coś zszyć, skoro nie ma igły ani nitki? Nawet zapakowaną w folię kiełbasę z kantyny trzeba było czymś rozciąć. Np. użyć maszynki do golenia, którą dostawaliśmy, choć w mocno ograniczonym zakresie.

Ale nie pękł pan i nie przyznał się do winy.

Widziałem, jak tęgie chłopy po dwa metry wzrostu płakały jak dzieci i się przyznawały do wszystkiego, byleby tylko wyjść na wolność. Najgorzej znosiłem brak kontaktu z najbliższymi mi osobami. Dopiero po półtora miesiąca mogłem porozmawiać z rodziną. Zanim odbyłem pierwszą pięciominutową rozmowę telefoniczną z matką, dostałem cztery odmowy na taki kontakt. W końcu mogłem z nią zamienić parę słów po pięciu miesiącach aresztu! Dla mnie jako jedynaka było to bardzo bolesne, nie mówiąc już, jak to wszystko przeżywała moja matka. Gdy pojawiła się pandemia i COVID -19, te kontakty w ogóle zostały urwane. Czemu to wszystko miało służyć?

Jak wyglądał dzień w areszcie?

Każdy dzień trzeba było sobie jakoś zorganizować. Przeważnie siedziałem w celach ośmiometrowych, dwuosobowych, ale były też okresy, że w czteroosobowych. Przez ten czas w areszcie przenosili mnie siedem razy z celi do celi, w różnych skrzydłach. Jako oficjalny powód podawano względy bezpieczeństwa. Pobudka o 6.00 rano. Po śniadaniu była godzina w spacerniaku. Raz w tygodniu mogłem zrobić zakupy w więziennej kantynie, gdzie można było kupić drobne artykuły spożywcze i chemiczne. Dwa razy w tygodniu łaźnia, stały dostęp do biblioteki, siłowni czy zajęć sportowych. Na czas najgorszego okresu pandemii, w marcu, kwietniu i maju, zostawały mi tylko książki i prasa. Z ludźmi w celi z czasem znalazłem wspólny język. Zostałem ich nauczycielem języka angielskiego, opowiadałem ciekawostki z polityki, historii czy pracy w samorządzie. Zachęcałem ich do oddania głosu w wyborach. Z sukcesem, bo prawie cały areszt oddał głos.

Jak pan oceni rządy pełniącej obowiązki burmistrza Ewy Gancarz?

Nijak ma się to do oszczędności, które poczyniłem przez pierwsze 11 miesięcy rządów. Pani Gancarz totalnie wywróciła do góry nogami wszystko, co ja zrobiłem. Zatrudniła lub przywróciła do pracy ludzi z poprzedniej ekipy rządzącej. Wrócił stary układ. Przywróciła również stanowisko wiceburmistrza, które ja zlikwidowałem. Ta pani nie miała żadnego mandatu społecznego do tak głębokich reform w Urzędzie Miasta i jednostkach podległych. Została powołana tylko po to, aby zarządzać gminą na tymczasowy okres, pod moją nieobecność. Efekt jest taki, że deficyt na koniec tego roku zamknie się kwotą 4 mln zł, a budżet był planowany na 2 mln zł nadwyżki.

Pierwsze chwile po powrocie do domu?

Do domu wróciłem z soboty na niedzielę, po północy. Następnego dnia poszedłem na spacer do lasu. Dziewięć miesięcy w niewielkiej, ciemnej i zakratowanej izbie, z dala od przyrody, odcisnęło piętno. W niedzielę rodzina przyrządziła pyszny obiad. Był schab pieczony w sosie kurkowym, do tego moja ulubiona sałatka z sałaty. W areszcie takich rzeczy nie podawano. Dodam, że schudłem ponad 10 kilogramów.

Napisz komentarz »