REKLAMA

Zdrowie

To nie koniec epidemii

Opublikowano 22 maja 2020, autor: Michalina Kozarowicz

Jeszcze nie wygraliśmy z koronawirusem. W lubuskim po dłuższej przerwie pojawiły się kolejne przypadki zakażenia.

Koronawirus wcale nie zwalnia. Choć nasz region to zielona wyspa na polskiej mapie zakażeń, to lekarze nie mają złudzeń – epidemia jeszcze się nie skończyła i nie zapowiada się, że szybko będzie po niej. O zachorowaniach w lubuskim rozmawiamy z dr Piotrem Dębickim, ordynatorem oddziału reumatologii, chorób płuc i chorób wewnętrznych Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie. Dr Piotr Dębicki odpowiadał za utworzenie Jednoimiennego Szpitala Zakaźnego w Gorzowie, to jedna z 19 takich placówek w kraju i jedyna w województwie lubuskim.

„Regionalna”: Epidemia się kończy czy to tylko złudne wrażenie, że zaczęła zwalniać?

Dr. med. Piotr Dębicki: Wydawać by się mogło, że panuje względny spokój. U nas nie było żadnego nowego przypadku od 7 maja do 21 maja, czyli praktycznie dwa tygodnie, ale… jak pokazują przypadki ze Śląska czy Wielkopolski, myślę tu o fabryce mebli w Kutnie, do wybuchu dużego ogniska wcale wiele nie potrzeba. Wirus jest bardzo zjadliwy, wystarczy jedna zainfekowana osoba, która ma kontakt z dużą liczbą ludzi. Droga rozprzestrzeniania się wirusa jest wtedy bardzo szybka.

W środę, 20 maja, w Polsce odnotowano 471 nowych przypadków, to 4 tak wysoki wyniki od początku epidemii. To pokłosie tego, że poluzowano nam zakazy czy może wykonujemy więcej testów?

Nie sądzę, by winna była majówka. Jak widać po mapie, te skoki są głownie w ogniskach kornawirusa. Są miejsca, które są predysponowane do tego, by wirus miał się tam lepiej niż gdzie indziej. Duże skupiska ludzi, niezachowanie bezpiecznych odległości. Gdyby chodziło o testy, to wzrost przypadków byłby równomierny w całym kraju. A tak mamy sytuację, że lubskie jest statystycznie czyste. Mówię statystycznie, bo nie wierzę, że fizycznie wirusa u nas nie ma. Bo jak pokazuje przykład nowych przypadków z powiatu świebodzińskiego, które podano do wiadomości w czwartek, 21 maja, to jest tak, że przypadki zakażenia fizycznie u nas są, tylko są rzadko wykrywane, dlatego statystyki są po naszej stronie.

Jakiś czas temu było głośno o teorii, że koronawirus nie lubi ciepła, dlatego będzie wyhamowywać wiosną i latem, by znów nabrać tempa jesienią i wtedy uderzy druga fala.

Nie ma badań potwierdzających, że wysoka temperatura źle wpływa na wirusa. U nas jeszcze nie zrobiło się ciepło, więc nie można wyciągnąć wniosków z naszego podwórka, ale obserwując to, co się dzieje na drugiej półkuli, czyli to, jak wirus szaleje w Brazylii czy Ekwadorze, to nie sądzę, żeby ta teoria miała jakiś sens.

Czy to możliwe, że lubuskie już przechorowało koronawirusa?

Generalnie wydaje się to prawdopodobne. Niemożliwe jest bowiem, że gdy w Niemczech było tyle przypadków, to u nas tego nie było. One niekoniecznie były nasilone, ale polegały na suchym uporczywym kaszlu, który potrafił trwać miesiąc, żaden antybiotyk na to nie pomagał, dlatego tak wiele osób skarżyło się na dziwną infekcję.

Dzieci od poniedziałku wracają do szkół. Czy to dobrze? Mówi się o tym, że dzieci są pasem transmisyjnym dla wirusa, to znaczy, że same przechodzą go łagodnie, ale mogą zarażać starszych.

To nie jest tak, że dzieci przechodzą wirusa łagodnie i bez ryzyka. Dużo się teraz mówi o chorobie Kawasakiego czy raczej chorobie ją przypominającej. Infekcja ma najbardziej zjadliwy przebieg pod sam koniec. Bardziej trafne byłoby mówienie o ogólnoustrojowej chorobie zapalnej, związanej z zakażeniem koronawirusem. Dzieci, które ją przechodziły, w większości miały poniżej 5 roku życia, ale były też przypadkach zachorowań wśród nastolatków. Uważam, że powrót dzieci do szkół to nie jest najlepsze rozwiązanie, aczkolwiek jestem człowiekiem i biorę pod uwagę, że społeczeństwa nie da się tak długo utrzymać w reżimie. Musimy wracać do normalnego życia. Chodzi tylko o to, by zachować społeczny dystans, unikać skupisk ludzi. Wirus nie jest nie do pokonania. Uważam też, że on już nie zniknie. Będzie nam towarzyszył tak jak zwykła grypa. Będziemy do niego przyzwyczajeni. Co jakiś czas będą pojawiały się nowe odmiany choroby, które będą mniej lub bardziej dokuczliwe.

Związek Nauczycielska Polskiego domaga się, by nauczyciele byli badani przynajmniej dwa razy w tygodniu. Czy to ma sens?

Dlaczego dwa razy w tygodniu? Czemu nie codziennie? Testy mają sens, gdy robi się je między 7 a 12 dniem od możliwego zakażenia. Badanie można przeprowadzić raz, by sprawdzić, czy ktoś nie jest bezobjawowym nosicielem, ale robienie testów co tydzień, dwa razy w tygodniu, czy codziennie nie da ani bezpieczeństwa, ani faktycznej wiedzy. W Polsce jest 600 tysięcy nauczycieli. Test kosztuje 270 zł. Łatwo policzyć, jakie to byłby koszty. Przeprowadzenie jednego badania byłoby już bardzo drogie, a co dopiero robić to tak często. Taki postulat nie ma też sensu pod względem technicznym. Mamy ograniczoną liczbę laboratoriów, a tym samym ich przepustowość też jest ograniczona. Jestem zdania, że takie badania można by przeprowadzić raz, tak jak zrobiono to w Gorzowie, gdzie przebadano przedszkolanki i panie ze żłobków.

Napisz komentarz »