REKLAMA

Aktualności, Zdrowie

Dbajcie o siebie

Opublikowano 15 maja 2020, autor: bj

Była niepewność, strach i łzy. O kwarantannie po wykryciu koronawirusa u jednego z lekarzy 105. Szpitala Wojskowego opowiada Robert Lewandowski, szef Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.

Wiadomość o zakażeniu koronawirusem lekarza pracującego na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym 105. Szpitala Wojskowego w Żarach gruchnęła w połowie kwietnia. Medyk trafił na kwarantannę, podobnie jak 50 osób, z którymi miał kontakt. SOR przez kilka godzin nie przyjmował pacjentów, bo dezynfekowali go strażacy.

Zakażony koronawirusem lekarz miał dyżur na SOR z 9 na 10 kwietnia i kolejny – z 13 na 14 kwietnia. W piątek, 17.04., do szpitala dotarła informacja, że wynik testu lekarza jest dodatni. Personel, który miał styczność z lekarzem, trafił na kwarantannę.

Robert Lewandowski, szef SOR, był pewny, że jest ujemny, jednak zdecydował się na izolację.

– Pracuję na chirurgii, na SOR i wiem, że możliwość zakażenia zawsze istnieje – mówi. – Na izolację zdecydowałem się dla mojej rodziny. Musiałem dochować procedur i jako kierownik  SOR dać przykład swojej załodze – tłumaczy. -To bardzo trudny czas dla każdego. Samo oczekiwanie na wynik jest stresujące. Odizolowanie od w miarę normalnego, mimo rygorów życia, jeszcze bardziej nas ogranicza. Nie można wyjść z pomieszczenia, w którym się przebywa. To bardzo obciążające dla układu nerwowego – wyjaśnia R. Lewandowski.

Przyznaje, że w głowie kłębiły się różne myśli.

– Niektórzy ludzie traktują nas, personel medyczny, jako potencjalne źródło zakażenia, jak trędowatych. Tak jak w średniowieczu. Doktor zaraził się w szpitalu, ratując ludzkie życie. Czy można go o to winić? To tak jakby zarzucać żołnierzowi na wojnie, że stracił rękę czy nogę podczas walki – argumentuje R. Lewandowski. Zapewnia, że medycy są uodpornieni na wiele rzeczy. – Ale są ludźmi i nie są wolni od emocji. I one były, i były łzy. Była niepewność u tych, którzy mieli prawo obawiać się wyniku dodatniego – podkreśla.

Żyją w zagrożeniu

Wyniki personelu szpitala wyszły ujemne, ale to nie oznacza, że medycy mogą być spokojni.

– Mamy taki czas zagrożenia, a my nie możemy nie przyjść do pracy, do swoich obowiązków. Każdego dnia, wychodząc z domu, mam tego świadomość. Nasze rodziny też ją mają. Że my możemy nie wrócić przez dwa tygodnie. Jestem cały czas spakowany. W moim mieszkaniu jest przygotowana torba z rzeczami, z książkami, żeby w razie czego można mi ją przywieźć do izolatorium – dorzuca. – Moja żona nie jest związana z branżą. Mam dwójkę małych dzieci, jedno nie ukończyło jeszcze 8 roku życia. Żona się nim opiekuje. Najstarszy syn, 27-letni, w tej sytuacji, która miała miejsce na SOR, był chyba najbardziej przestraszony. Z mieszkającymi we Wrocławiu rodzicami kontaktuję się wyłącznie telefonicznie. Widziałem ich pod koniec stycznia, jeszcze przed epidemią. Planowaliśmy wspólne święta, ale nie mogłem do nich pojechać, bo bym ich narażał. Cały czas powtarzam, żeby na siebie uważali, by dbali o siebie. Ale od pewnego czasu to oni dzwonią częściej, są pełni obaw o moje życie – opowiada R. Lewandowski.

Codziennie zdarzają się  sytuacje ekstremalne.

– Gdy przyjeżdża do nas pacjent pod wpływem alkoholu czy narkotyków, nie można z nim przeprowadzić logicznego wywiadu. Nie wiemy, z kim przebywał. A ma na przykład podniesioną temperaturę. I nie wiemy, czy dlatego, że jest po dopalaczach czy dlatego, że jest chory. Staramy się zachować wszystkie środki ostrożności. Jestem lekarzem od wielu lat. Być może to mechanizm wypierania, ale ja po prostu robię swoje. I mój personel też. Oczywiście z czerwonym światełkiem nad głową. Choć nie wiemy, czy taki trudny pacjent nie uszkodzi, nie zedrze maski, nie zrobi dziury w kombinezonie – wyjaśnia.

Tym bardziej w imieniu medyków prosi: – Dzisiaj, w sytuacji epidemii, nieprzestrzeganie, lekceważenie zasad nie jest tylko brakiem odpowiedzialności wobec siebie, ale przede wszystkim wobec innych. Uważajmy na siebie, bo dzięki temu ochronimy innych. To może dotyczyć naszych najbliższych, którzy często mogą być bardziej narażeni niż my.

Napisz komentarz »