REKLAMA

Zdrowie

Ludzie umierają w karetkach

Opublikowano 08 maja 2020, autor: bj

O pracy na pierwszej linii walki z koronawirusem opowiadają żaranki, przyjaciółki pracujące w szpitalach nowojorskiej metropolii.

Anna Biernat Bonomo (34 l.) i Karolina Półtorak (34 l.), w Żarach ukończyły LO im. B. Prusa. Obie od 15 lat lat mieszkają w Stanach Zjednoczonych, razem tam wyjechały. Pracują w nowojorskich szpitalach, tam, gdzie na COVID-19 umiera teraz najwięcej ludzi.

– Z Żar wyjechałyśmy po ukończeniu liceum w 2005 roku, obie pracujemy jako pielęgniarki od 2012 roku – opowiadają.

– Ja pracuję w szpitalu w Danbury Hospital. Mam doświadczenie na różnych oddziałach – mówi Ania

– A ja w Nowalk Hospital. Poza pracą na oddziale intensywnej terapii, prowadziłam także przyszpitalną klinikę dializ we współpracy z nefrologami. Po pielęgniarskich skończyłam kolejne studia i uzyskałam stopień nurse practitioner, co upoważnia mnie do prowadzenia własnej praktyki internistycznej. Mogę niezależnie od lekarza diagnozować pacjentów i przepisywać im leki – dodaje Karolina.

Umierają w karetkach

Obie mieszkają w stanie Connecticut, niedaleko Nowego Jorku.

– W USA najcięższa sytuacja jest właśnie w Nowym Jorku – mówi Karolina.

Obie mają w głowie świeże obrazy z ostatnich dwóch tygodni.

– Szpitale są tak przepełnione, że sale operacyjne zostały zamienione na oddziały intensywnej terapii. Zdarzało się, że pacjenci umierali w karetkach na podjeździe bądź zaraz po przyjęciu na SOR. Nie nadążaliśmy z ich intubacją – mówi K. Półtorak.

Stykają się głównie z pacjentami znajdującymi się w stanie ciężkim, podłączonymi do respiratorów.

– Brakuje nie tylko respiratorów, ale i łóżek. W efekcie zakażeni pacjenci, którzy w normalnych warunkach nie mogliby zostać wypisani ze szpitala, byli odsyłani do domów. I albo dochodzili do zdrowia, albo trafiali do nas z powrotem. W stanie krytycznym. W najgorszej sytuacji umierali w domu – dodaje pani Ania.

Opowiadają, że w większości są to starsi pacjenci, jednak zdarzały się osoby 30-40-letnie, a nawet i młodsze.

Rozliczają się z maseczek

Brakuje też maseczek, kombinezonów, przyłbic.

– Nie mamy wyjścia. Chodzimy w tym samym ubraniu ochronnym pomiędzy pacjentami już pozytywnie zdiagnozowanymi, a tymi, którzy dopiero oczekują na swój wynik. Zmieniamy tylko rękawiczki – mówi K. Półtorak.

– Wcześniej ubrania ochronne były ogólnodostępne, szpitale były dobrze wyposażone. Teraz  maski znajdują się pod kluczem, a wzięcie nowej jest każdorazowo odnotowywane – przyznaje A. Biernat Bonomo.

Pracują pod presją.

– Obie jesteśmy mamami jeszcze małych dzieci, Ania ma dwóch synów, ja córkę – dodaje Karolina. I zastrzega: – Jak każdy martwimy się o ich bezpieczeństwo, ale świadomie wybrałyśmy ten zawód, licząc się z tym, że mogą pojawić się sytuacje wysokiego ryzyka.

Najtrudniejsze doświadczenie

Na co dzień obserwują, jakie spustoszenie robi COVID-19.

– Moja przyjaciółka zachorowała – mówi ze smutkiem A. Biernat-Bonomo.

– Mam przykre rodzinne doświadczenie z tą chorobą. Dziadek mojego męża zmarł na skutek zarażenia wirusem. Ta choroba może dotknąć każdego z nas-dodaje K. Półtorak.

Obie mają 8-letni staż pracy w zawodzie, ale doświadczenie epidemii jest dla nich najtrudniejsze z dotychczasowych.

Są zgodne, że w USA zawód pielęgniarki jest zawodem prestiżowym.

– Na co dzień spotykamy się z wieloma miłymi słowami, a w tym czasie szczególnie. Przed szpitalami ludzie zostawiają plakaty, kartki, na ulicach są bilbordy z podziękowaniami. Niektórzy ustawiają przed domami znanych im medyków transparenty z napisem „Tu mieszka bohater”, ludzie biją brawa, przepuszczają nas w kolejkach – opowiadają.

– Dzięki tym gestom, które widzimy wychodząc ze szpitala po ciężkim dyżurze, robi się cieplej na sercu i ma się ochotę uśmiechnąć – wspomina K. Półtorak.

Przyjadą na pewno

Koronawirus uczy ich nowych doświadczeń.

– Zaczęłam pracować na kilku oddziałach jednocześnie, tam, gdzie jest potrzeba – mówi pani Ania.

– U mnie znacznie wzrosła liczba pacjentów, którzy na skutek zakażenia muszą być poddani dializom. Brakuje rąk do pracy i tam, gdzie kiedyś daną grupą pacjentów zajmowało się 14 osób, teraz musi wystarczyć pięcioro. Zdarza się, że musimy obsługiwać maszyny, których obsługa nie należała do naszego zakresu obowiązków. Otrzymujemy szybkie przeszkolenie i musimy sobie radzić – wyjaśnia K. Półtorak.

Ich życie zmieniło się diametralnie. Rano jadą do pracy, wracają wieczorem.

– Nasze dzieci są jeszcze małe i nie zawsze rozumieją, dlaczego nie mogą przytulić się do mamy wtedy, kiedy tego potrzebują i dlaczego mama śpi w innym pokoju niż zazwyczaj. Na szczęście możemy liczyć na duże wsparcie ze strony rodziny, pomoc w codziennych obowiązkach – mówią jednym głosem.

Czekają, aż życie wróci do normy. Obiecały sobie, że wtedy przyjadą do Polski i spotkają się z bliskimi.

– Chciałybyśmy życzyć wszystkim mieszkańcom Żar i okolic dużo zdrowia i wytrwałości w tym trudnym czasie. Przesyłamy także pozdrowienia wszystkim medykom i całemu personelowi szpitali w Żarach. Jesteśmy pod wrażeniem, jak poważnie Polacy potraktowali kwestię kwarantanny. Amerykanie w większości mają niestety bardzo luźne podejście do tego tematu – kończą przyjaciółki.

Napisz komentarz »