REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Naszej pani wójt wcale nie zależy

Opublikowano 01 maja 2020, autor: Michalina Kozarowicz

Tysiące ton toksycznej szlaki zalegają w Tuplicach. Wiatr rozwiewa ją po okolicy, deszcze sprawiają, że trucizna dostaje się do ziemi i wód gruntowych. – Wszyscy tylko przytakują, mówią, że im przykro, a my musimy tu żyć. Naszej pani wójt też wcale nie zależy. Zarzekała się, że gmina jest turystyczna, ale jakoś jej nie widać… – mówi z żalem Henryk Warchał.

Ponad 3 tysiące ciężarówek ze szlaką przyjechało do Tuplic na przełomie 2013 i 2014 roku. Był to odpad z niemieckiej fabryki cynku w Chemnitz. Składowany w Tuplicach żużel miał być przerabiany na kruszywo, wykorzystywane do budowy dróg. Ciężarówki z żużlem wjeżdżały do Tuplic jedna za drugą. Prywatna działka, na której składowany jest odpad, leży blisko torów i starej stacji PKP.

W cieniu hałdy

Zaledwie kilkadziesiąt metrów od hałdy, w której znajdują się arsen, ołów, ale i śladowe ilości niklu czy rtęci, mieszkają ludzie.

– Najbardziej boli mnie to, że przez całe swoje życie zawodowe walczyłem, żeby do Polski nie wjeżdżały żadne podejrzane ładunki – mówi Henryk Warchał, mieszkaniec Tuplic, który pracował w służbie celnej. – A teraz mam górę trucizny pod domem. Gdy wieją zachodnie wiatr,y to jeszcze jest znośnie, ale czasami jest aż siwo. Moja żona choruje, nu mnie też pojawiła się rozedma płucna. Od czego to? – zastanawia się H. Warchał.

Zanim zalegającą na terenie Tuplic górą szlaki zainteresowały się władze wojewódzkie, a potem ogólnopolskie instytucje od ochrony środowiska, mieszkańcy walczyli o uwagę. Jednak wszystkie drzwi były dla nich zamknięte.

– Ja nie wiem, w czym jest problem. Jestem dość upartym człowiekiem, wiem, gdzie można podzwonić. Ale to tylko odbijanie piłeczki. Każdy urzędnik, czy to w Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska, czy w ministerstwie, przytakiwał, że rozumie i że coś z tym trzeba zrobić. Ale ta hałda leży w Tuplicach już 7 rok. Władze się zmieniają, urzędnicy się zmieniają, a ona dalej nas truje – złości się H. Warchał.

Śnięte ryby

W pobliżu działki, na której składowane są odpady, znajduje się kilka stawów. Niemal równolegle z pojawieniem się hałdy, wędkarze zauważyli niepokojące zjawisko śnięcia ryb.

– Deszcze padają, ten syf dostaje się do gruntu, a potem do wody. Ryby padają. Woda przybiera dziwny kolor. To urokliwy zakątek, znaczy kiedyś był. Teraz, przez tę hałdę, bardziej przypomina krajobraz księżycowy. Bo co tam musi być, że przez tyle lat nie wyrosła na niej choćby jedna samosiejka, choćby jeden mleczyk. Nie ma szans, żeby to w jakiś sposób zrekultywować. To zwykła trucizna, którą mam pod samym domem – skarży się mężczyzna.

Wizyta z Niemiec

W maju i wrześniu zeszłego roku, w gminie byli przedstawiciele WIOŚ i GIOŚ i ich niemieckiego odpowiednika – Landesdirection Sachsem. Niemcy, którzy przegrali z Polską toczący się kilka lat urzędowy spór o śmieci, przyjechali zrobić rozeznanie i w ciągu dwóch, trzech miesięcy mieli znaleźć firmę, która wyceni koszt transportu odpadów z powrotem do Niemiec. Niestety. Jest, minął rok, a hałda jak leżała, tak leży.

– Sprawa rozgrywa się na szczeblu pomiędzy Generalną Dyrekcją Ochrony Środowiska po naszej stronie a premierem Saksonii po niemieckiej stronie. Z tego, co nam wiadomo, Niemcom nie udało się zamknąć jeszcze spraw finansowych. Firma, która to do nas przywiozła, ogłosiła bankructwo i starają się pozyskać pieniądze od huty, która to wyprodukowała – przekonuje Krzysztof Kościukiewicz, wicewójt Tuplic.

Dzień, w którym do Tuplic zawitała inspekcja z Niemiec, dobrze zapamiętał pan Henryk.

– To był 9 września. Moje urodziny – wspomina. – Naprawdę wierzyłem, że w końcu coś się ruszy. Ale wszyscy tylko przytakują, mówią, że im przykro, a my musimy tu żyć. Naszej pani wójt też wcale nie zależy. Zarzekała się, że gmina jest turystyczna, ale jakoś jej nie widać… – dodaje z żalem H. Warchał.

O hałdzie chcieliśmy porozmawiać z wójt Katarzyną Kromp, ale nie odbierała telefonu. Pracuje zdalnie z domu, więc do urzędu też nie da się do niej dodzwonić.

Zgodnie z pozwoleniem ówczesnego starosty, firma miała nie tylko składować szlakę, ale i ją przetwarzać. W grudniu 2014 r. WIOŚ uznał, że sposób składowania nie ma oddziaływania na środowisko, a 4 lata później wszystkie zalegające na terenie Tuplic odpady uznano jednak za nielegalne. Mają być wywiezione z Polski i to na koszt strony niemieckiej. A to ma kosztować niemało, bo 3,5 mln euro, a 2 tysiące tirów będzie je transportować do Niemiec przez pół roku.
Napisz komentarz »