REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Zostawiona sama sobie

Opublikowano 24 kwietnia 2020, autor: bj

Matka dwóch synów, 9-letniego i 12-letniego. Po operacji głowy, z zaklipsowanym tętniakiem, po usunięciu jajników, macicy. Adriana Dul (45 l.) z Gozdnicy trafiła na nocny dyżur na Szpitalny Oddział Ratunkowy 105 Szpitala Wojskowego. Pod opiekę lekarza, który był zakażony koronawirusem.

Po karetkę zadzwonił starszy syn pani Adriany.

– Ja nie byłam w stanie rozmawiać. Przez straszny ból głowy byłam na wpół przytomna – opowiada pani Adriana. Dyspozytorka najpierw pytała, czy jest możliwy kontakt z lekarzem rodzinnym, pytała o ewentualnie objawy typu gorączka, kaszel. – Dobrze, że przyszła znajoma, bo syn w nerwach mógłby sobie nie poradzić – mówi A. Dul.

Ostatecznie karetka przyjechała do Gozdnicy i zawiozła panią Adrianę do 105 Szpitala Wojskowego w Żarach. To była noc tuż po Wielkanocy, z 13 na 14 kwietnia. Kobieta trafiła na SOR. Tam, jak się później okazało, dyżurował lekarz, u którego trzy dni później stwierdzili zakażenie koronawirusem.

Z wizytą u neurologa

Podczas pobytu na SOR miała zrobiona tomografię komputerową głowy.

– Usłyszałam zalecenie, żebym możliwie jak najszybciej skontaktowała się z lekarzem neurologiem – wspomina. Wiedziała, że to ważne. – Mam dzieci do wychowania. Jestem samotną matką. Po kilku operacjach – tłumaczy.

Z SOR wyszła ok. godz. 11, we wtorek, 14.04.

Na szybko udało się jej znaleźć specjalistę, który zgodził się z nią spotkać. Prywatnie. W Zgorzelcu.

– Byłam u niego w piątek, 17.04. Powiedział, że muszę pilnie, najdalej w ciągu miesiąca, wykonać tzw. angio TK. Chodziło o badanie z podaniem kontrastu – tłumaczy.

Wracając ze Zgorzelca, ściskała w ręku skierowanie na „cito”. Od razu próbowała zorientować się, gdzie można znaleźć wolny termin w jak najkrótszym czasie. Była dobrej myśli.

– Już nawet nie myślałam, czy na NFZ, czy prywatnie. Ważne było, żeby zrobić i wiedzieć jak najszybciej, co się dzieje – nie ukrywa emocji.

Ma pani siedzieć w domu

Jak grom z jasnego nieba spadł na nią telefon z Sanepidu. Zadzwonili w piątek, 17 kwietnia wieczorem, ok. godz. 20. Wtedy dowiedziała się o zakażonym koronawirusem lekarzu, który ją przyjmował.

– Zadzwoniła do mnie pani i powiedziała, że muszę przebywać przez dwa tygodnie na kwarantannie. Gdy zapytałam, co ja mam zrobić w mojej sytuacji, stwierdziła, że muszę być w domu i tyle. O tym, czy mogę być poddana testowi, nie wspomniała nawet słowem – zastrzega pani Adriana.

Swoją historię opowiedziała dziennikarzowi gazety „Regionalnej” w poniedziałek, 20.04.

-Ja naprawdę nie wiem, co robić – denerwowała się.

 

To nie my, to oni

O sprawie rozmawialiśmy z Piotrem Bogusławskim, dyrektorem żarskiego Sanepidu.

– Są specjalne procedury w najbardziej wyjątkowych przypadkach, gdzie w grę może wchodzić zagrożenia zdrowia i życia. Jeżeli ktoś musi pilnie przejść np. badanie, to najpierw powinien uzgodnić jego termin, a potem jak najszybciej złożyć do Sanepidu wniosek w tej sprawie. Wówczas inspekcja decyduje o udzieleniu pozwolenia na wyjście – tłumaczy P. Bogusławski.

W sprawie testów dzwonimy do 105 Szpitala Wojskowego. Tam przecież zostały pobrane wymazy od personelu medycznego, który miał kontakt z zakażonym lekarzem. W szpitalu słyszymy, że to Sanepid, który objął nadzorem pacjentów, również pani Adrianie powinien wykonać wymaz. Dzwonimy z tą informacją do A. Dul.

– Jestem bardzo wdzięczna gazecie „Regionalnej”. Już za samo zainteresowanie i za pomoc w uzyskaniu jakiejkolwiek informacji. Wiem, że urzędnicy mają teraz sporo pracy w związku z epidemią, ale nie powinni zapominać o nas, pacjentach – kończy A. Dul.

Wymaz od A. Dul został pobrany w środę, 22.04., ok. godz. 14.

– To było bardzo nieprzyjemne, bo szpatułka musiała zostać wsunięta głęboko do gardła i nosa. Ale ja się bardzo cieszyłam. Teraz czekam tylko na wynik. Bo musi być dobrze – uśmiecha się A. Dul.

Do oddania gazety do druku, wynik badania nie był jeszcze znany.

Napisz komentarz »