REKLAMA

Zdrowie

Puste ulice i śmierć w ciszy

Opublikowano 20 marca 2020, autor: mk

– Człowiek wychodzi z domu, idzie do szpitala i już nie wychodzi. A na końcu czeka go szybki, zbiorowy pogrzeb – opowiada Renata Drobniak, żaranka pracująca na oddziale zakaźnym w poliklinice w Mediolanie.

Renata Drobniak pochodzi z Żar, do Włoch wyjechała 15 lat temu, za miłością. Mieszka w Codogno, w miejscowości, która jako pierwsza we Włoszech została objęta czerwoną strefą. Renata pracuje jako opiekunka medyczna na oddziale chirurgicznym w Mediolanie, który przekształcono w odział zakaźny.

„Regionalna”: Jest pani żaranką, mieszkającą we Włoszech na stałe.

Renata Drobniak: – Pochodzę z Żar, mieszkam w Codogno, w regionie Lombardii, czyli najbardziej dotkniętym koronawirusem.

Co się zmieniło przez ostatnie tygodnie?

Co się zmieniło? Wszystko. Oddział, na którym pracowałam, chirurgia i traumatologia, został przeniesiony, pracownicy zostali. I zaczęto do nas przywozić pacjentów chorych lub z podejrzeniem koronawirusa. Rodzina nie możne odwiedzać pacjenta. Pracowników jest za mało, a pacjentów ciągle przybywa.

Jak wygląda praca na takim oddziale?

Pracuję w całym wyposażeniu. Dwie maski, kask ochronny, fartuch, w którym się nie oddycha, okrycie na obuwie, okulary. Żadna część ciała nie może być odkryta. Po pracy wychodzi się ze znakami na twarzy, czole – przez wszystko, co się na siebie nakłada. W tym wszystkim podchodzisz do pacjenta. Trzeba go nakarmić, umyć. Przebrać łóżko, dać łyk wody. Często nie da się już nic zrobić, nie da się pomóc.

Kiedy wybuchła epidemia, była pani w Żarach, na urlopie.

Tak. O pierwszym włoskim pacjencie dowiedziałam się, będąc w Żarach. To był dla mnie szok, bo pacjent „0” przebywał w szpitalu, który jest 2 minuty od mojego domu w Codogno.

Jak wyglądał powrót?

Do Codogno mogłam wjechać tylko na pozwolenie policji. Nie mogłam już wyjechać. Granice miasta były zamknięte. Zero komunikacji miejskiej. W mieście nie mogły się zatrzymywać ani pociągi, ani autobusy. Wszędzie pełno policji i wojska, pilnowali nas, kontrolowali, po co wychodzimy z domu. Mam psa, Bajkę. Mogłam ją wyprowadzać na krótko tylko 3 razy dziennie. Ulice były puste, sklepy pozamykane. Cisza, którą rozrywały tylko dźwięki syren.

Sklepy zostały w końcu otwarte, ale wciąż nie jest normalnie.

Szczerze mówiąc to nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w sklepie… chyba w styczniu. Teraz sklepy z żywnością są już otwarte, ale tylko one i apteki. Zakupy robi mąż, do sklepu wychodzi w maseczce i rękawiczkach. W sklepie może być tylko 5 osób. Nikt z nikim nie rozmawia, każdy w oddaleniu czeka na swoją kolej.

We Włoszech na początku epidemii wybuchła panika.  

Na początku brakowało pewnych produktów, ludzie w przerażeniu wykupili prawie wszystko. Nam też brakowało jedzenia czy środków higienicznych. Teraz jest prawie wszystko, tylko bardzo długo czeka się, by wejść do sklepu. Żeby wyjść z domu, trzeba mieć przy sobie autocertyfikat. Gdzie się idzie i po co. Przemieszczają się tylko ci, co muszą.

Ludzie nauczyli się już, jak radzić sobie z pandemią?

Dziś nie brakuje jedzenia, ale ludzie boją się iść do sklepu. Nie ma masek, więc ludzie radzą sobie, jak mogą. Każdy mieszkaniec dostał 3 maski od rządu, ale one szybko się skończyły. W Mediolanie, w metrze, ludzie już nauczyli się zachowywać odległość. Mało osób korzysta z komunikacji publicznej. Szpitale są przepełnione, brakuje miejsc na intensywnej terapii. Brakuje masek i sprzętu dla każdego pacjenta.

Co panią najbardziej przeraża?

Boję się o zdrowie najbliższych. Tu, we Włoszech i o rodzinę w Polsce. Zwłaszcza o rodziców i rodzeństwo z rodzinami. I nie chodzi mi tylko o zarażenie się wirusem, ale w tym trudnym czasie lepiej trzymać się z daleka od szpitali. To nie jest zwykła grypa, nie możemy  bagatelizować wirusa. W Polsce nie może się powtórzyć włoski scenariusz. Widziałam w Mediolanie, gdzie pracuję, jak wielu młodych ludzi spotykało się w parkach, przechadzali się po ulicach. Uważali, że ten problem ich nie dotyczy. Ale nie, to nieprawda, bo mogą być „pozytywni” i zarażać. Umiera bardzo dużo starszych osób. W samotności, w ciszy. To jest straszne. Mojej koleżanki teściowie oboje zmarli w tym samym tygodniu. Innej znajomej mama jest w szpitalu w stanie krytycznym. Podobnie kolegi. Moje koleżanki pielęgniarki siedzą w domach pozarażane, odbywając kwarantannę. Co chwila słyszę, że znów ktoś umarł.

We Włoszech pogrzeby odbywają się bez obecności bliskich.

Pogrzeby są teraz zbiorowe. Nie mogą w nich uczestniczyć bliscy. To straszne i bardzo boli.

Jaki był dla pani najgorszy moment?

Gdy umiera pacjent, to dla mnie najgorszy moment. Świadomość, że ten zmarły nie będzie mógł być pochowany przez najbliższych. Człowiek wychodzi z domu, idzie do szpitala i już nie wychodzi. A na końcu czeka go szybki, zbiorowy pogrzeb.

Gdyby mogła pani teraz porozmawiać z żaranami, co by im pani powiedziała?

Chciałbym powiedzieć, by odpowiedzialnie podeszli do sytuacji. Nie wychodźcie z domu, jeżeli nie macie do tego bardzo ważnych powodów. A jeżeli już musicie, załóżcie maseczki i rękawiczki. Nie zbliżajcie się do innych osób. Chrońcie twarz i oczy. Często myjcie ręce. Koronawirus roznosi się bardzo szybko, w szpitalach nie ma tylu miejsc, by pomóc wszystkim. Kiedyś starszemu pokoleniu kazano iść na wojnę, nam teraz tylko każe się siedzieć w domu ze wszystkimi dogodnościami, jakie niesie cywilizacja. Pomyślcie, zanim wyjdziecie z domu, czy naprawdę musicie.

Napisz komentarz »