REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Czujemy się jak trędowaci

Opublikowano 13 marca 2020, autor: mk

Skarży się Janeta Rybaczek z Bad Muskau, po tym jak z obawy przed koronawirusem burmistrz i dyrektorka zdecydowali o zamknięciu Szkoły Podstawowej w Łęknicy, do której chodzą jej dzieci.

Okazuje się, że zbadać się na obecność koronawirusa wcale nie jest tak łatwo. Przekonała się o tym rodzina z Bad Muskau.

– Tydzień temu byliśmy w Jastrzębiu Zdroju na Śląsku – opowiada Janeta Rybaczek.- Syn choruje i miałam z nim jechać do Warszawy. Z Jastrzębia mieliśmy zabrać moją mamę. Całą rodziną spaliśmy w domu teściowej. Jej nie było – relacjonuje J. Rybaczek.

Do Jastrzębia niespodziewanie wróciła z Włoch teściowa Janety.

– Zrobiła nam niespodziankę, nie widzieliśmy, że wraca. Przyjechała o 3.30 w nocy z czwartku na piątek, 6 marca. Dzieci rano były u mojej mamy. Teściowa skarżyła się, że źle się czuje. Kaszlała, była obolała. Razem z mężem uznaliśmy, że trzeba sprawdzić, co się dzieje. Mąż zadzwonił na 112 – opowiada Janeta.

– Dyspozytor wypytał nas o wszystko, rozmowa trwała ponad 10 minut. W międzyczasie kazał zadzwonić żonie do Sanepidu, żeby zgłosiła nas wszystkich w związku z ryzykiem zarażenia koronawirusem – opowiada Ariel Rybaczek. – Przeprowadził też wywiad z moją mamą przez telefon, ona skończyła już 70 lat.

W tym czasie Janeta zadzwoniła do Sanepidu w Wodzisławiu Śląskim.

– Dyspozytor pogotowia na podstawie rozmowy z teściową uznał, że nic jej nie jest, że to zwykłe zmęczenie podróżą starszej kobiety. Kazał nam wstrzymać całą procedurę. W Sanepidzie także wypytano mnie o wszystko i uznano, że nie ma potrzeby, abyśmy jechali na badania – dodaje Janeta.

Nie miał objawów

W sobotę (7.03) rodzina wróciła do swojego domu w Bad Muskau.

– Odwołałam wyjazd do szpitala w Warszawie, nie chciałam narażać ani swoich dzieci, ani dzieci ze szpitala. Syn choruje, uznałam, że to nie jest dobry moment – przyznaje J. Rybaczek.

Rodzina czuła się dobrze. Kamila (12 l.) i Paweł (14 l.) poszli w poniedziałek (9.03) do szkoły. W domu z mamą został 5-letni Szymek.

– We wtorek gorzej się poczułam. Miałam gorączkę. Wystraszyłam się, że coś się dzieje. Paweł zdążył pojechać rowerem do szkoły w Łęknicy, Kamila miała na późniejszą godzinę, więc jeszcze była w domu. Zadzwoniłam do wychowawczyni Kamila, powiedziałam jej, jak wygląda sytuacja i poprosiłam, żeby odesłali syna do domu. Zakończyłyśmy rozmowę. Po kilku minutach zadzwoniła dyrektora szkoły i kazała mi odebrać syna. Powiedziałam jej, że syn jest rowerem i przecież nie będę za nim biec. Usłyszałam wtedy, że jestem nieodpowiedzialna. I że jak mogłam puścić dzieci do szkoły i narażać wszystkich na zarażenie – mówi z żalem Janeta.

Szkoła Podstawowa w Łęknicy zawiesiła zajęcia od środy (11.03). Decyzję już we wtorek podjęli burmistrz i dyrektorka.

 – Uczeń 7 klasy czuł się dobrze. Nie miał objawów choroby. W trosce o bezpieczeństwo, uznaliśmy, że lepiej działać profilaktycznie – mówi Sławomira Marszałek, dyrektorka szkoły w Łęknicy. – Dlatego podjęłam decyzję o zawieszeniu zajęć.

Chcieli się zbadać

Ariel powiadomił o wszystkim szefa firmy, w której pracuje w Niemczech.

– Szef nie miał problemu. Pytał, kiedy wrócę. Chciał tylko, żebym zrobił badania. Przez to, że nikt nie chce nam ich zrobić, mogę stracić pracę – żali się Ariel.

Niemiecką firmę o ryzyku zarażenia koronawirusem powiadomiła też dyrekcja szkoły.

– Ja po prostu przestałem chodzić do pracy, a nie mam zrobionych żadnych badań – złości się A. Rybaczek.

Rodzina rozmawiała telefonicznie z niemieckimi lekarzami, w środę pojechali też do Sanepidu w Goerlitz.

– Próbowałam umówić prywatną wizytę u lekarza. Nie widzieli potrzeby. Z kolei w Goerlitz stwierdzono, że nie ma potrzeby obejmować nas kwarantanną czy wysyłać na badania, zanim nie będzie wyników teściowej. A jej z kolei nie chciał zbadać polski Sanepid. Odbijaliśmy się od ścian. Ktoś mógłby pomyśleć, że Niemcy są dużo sprawniejsi w działaniu, ale to nieprawda. Chciałam nawet zrobić badanie prywatnie, ale nie ma takiej możliwości – złości się J. Rybaczek.

Zmęczeni

Wieść o tym, że rodzina może mieć koronawirusa, rozniosła się po Łęknicy lotem błyskawicy.

– Ludzie zaczęli do nas wydzwaniać, że mamy nie przekraczać granicy. I że mamy robić zakupy u Niemców – mówi A. Rybaczek. I przyznaje, że przestała odbierać telefony. – Nikt nas nie zapyta, czy mamy co jeść, jak się czujemy, co z dziećmi. Wylewa się nas tylko pomyje, że jesteśmy nieodpowiedzialni, że wszystkich pozarażamy. A przecież my jesteśmy zdrowi. Jesteśmy już bardzo zmęczeni tą sytuacją. Mam nadzieje, że wszystko szybko się skończy i życie wróci do normy – podsumowuje J. Rybaczek.

Napisz komentarz »