REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Uwięzieni we własnym domu

Opublikowano 13 marca 2020, autor: bj

Do Włoch pojechali, bo jej córkę czeka poważna operacja ortopedyczna. Do domu wrócili 3 marca. I od tej pory z niego nie wychodzą. Zakupy robi im sąsiad.

Wyjazd do Włoch był koniecznością. Pojechali na konsultacje z dzieckiem do ortopedy. Adriana Pawłowicz, mieszkanka Bogumiłowa, która na początku marca wróciła z dziećmi z Ligurii, tłumaczy, że gdy się tam wybierali, 22 lutego, koronawisrus jeszcze tak nie zagrażał Włochom. Najgorsze zaczęło się, gdy już tam byli.

– Wówczas od razu poinformowałam szkołę – zapewnia. Dzieci pani Adriany chodzą do szkoły w Olbrachtowie. – Powiedziałam, że nie jestem w stanie określić terminu powrotu. Ostatecznie wróciliśmy 3 marca. Na granicy wypełniłam dokumenty, podałam nasze dane. Na wypadek, gdyby ktoś z autokaru okazał się zarażony – opowiada.

Gdy przyjechali do domu, pani Adrianna zadecydowała, że dzieci do szkoły nie pójdą.

 – Postanowiłam zrobić im tą zalecaną we wszystkich ulotkach 14-dniową kwarantannę – tłumaczy.

Nie opuszczają domu

Według pani Adriany, w szkole mimo tego już wybuchła panika.

– Wiem, że dzieci z 8 klasy, do której chodzi moja córka, stwierdziły,  że jak przyjdzie do szkoły, to one nie przyjdą. Same takich rzeczy nie wymyśliły. Musiały usłyszeć w domach, od dorosłych – mówi rozżalona pani Adriana. – Codziennie mierzę temperaturę. Rano, po południu i wieczorem. Sobie i dzieciom.  I nic. Jesteśmy zdrowi. Ale ludzie swoje wiedzą. Nie interesuje ich, że byłam daleko od największych ognisk koronawirusa. Do Mediolanu miałam 200 km – opowiada. I podkreśla: – Zastosowałam się do tego, co nakazał Sanepid, jechałam przecież z różnymi ludźmi.

Pani Elżbieta i jej dzieci nie opuszczają domu.

– Przychodzi do mnie sąsiad i muszę go prosić, żeby kupił nam najpotrzebniejsze rzeczy, coś do jedzenia – głos kobiety się wyraźnie łamie. I dodaje: – Słyszę, że pojechałam tam na wakacje. A tak wcale nie było. Najgorsze jest to, że większość kobiet, które naopowiadały na mnie w szkole, ma mężów, którzy pracują w Niemczech. I nie myślą, co się stanie, gdy to oni się zarażą – mówi.

A. Pawłowicz nie ukrywa, że mocno przeżywa to, co się dzieje wokół jej rodziny.

Zgłoszona do Sanepidu

To, że w szkole jest niepokój, potwierdza dyrektorka.

– Plotki się szerzą. Miałam w szkole rządek rodziców, bo niby ktoś coś powiedział. A  pani dzieci do szkoły nie przyprowadziła. Sama zdecydowała o kwarantannie, z własnej inicjatywy. W zasadzie mogłyby je wysłać na lekcje, nie miały objawów choroby. Ale żeby uspokoić nastroje, zostały w domu. Z mamą uczniów jestem w stałym kontakcie telefonicznym- mówi Elżbieta Dawidowicz-Kmiecik, dyrektorka Szkoły Podstawowej w Olbrachtowie.

 Dyrektorka przyznaje, że z pytaniami w tej sprawie formalnie zwróciły się o niej tylko dwie matki.

 – Niestety, ludzie się sami nakręcają. Jedna osoba coś powie, druga przeinaczy. Dwie mamy przyszły i zastrzegły, że nie chcą słuchać plotek. Im na spokojnie wszystko zostało wytłumaczone – mówi E. Dawidowicz-Kmiecik.

Dom ma być ostoją

Pani Elżbieta czeka do przyszłego wtorku, kiedy będzie mogła wyjść. Ma przed sobą sporo ważnych spraw.

– Moja córka musi wrócić na konsultację ortopedyczną na koniec marca – mówi. – Nie wiadomo, co się będzie dalej działo. Mam zapas maseczek. O dalszej przyszłości nie chcę mówić. Dom ma być ostoją bezpieczeństwa i spokoju, a ja tego teraz nie czuję. Najbardziej martwię się o moje dzieci – kończy A. Pawłowicz.

Napisz komentarz »