REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Leszek Mistrzem Świata

Opublikowano 25 października 2019, autor: Michalina Kozarowicz

– Jestem Mistrzem Świata. To jeszcze do mnie nie dociera! – mówi Leszek Klimas, Mistrz Świata w Kulturystyce. – Lata wyrzeczeń, treningów. Wszystko temu podporządkowałem. Jak wyglądała jego droga po złoto?

W sobotę (19.10) podczas IBFF World Championship Brežice 2019, Leszek Klimas (43 l.) z Żar zdobył tytuł Mistrza Świata w kategorii MR. Physique Over 40 i srebro w kategorii MR. Physigue Small. Mistrz Świata z Żar, oprócz indywidualnych sukcesów, wywalczył też dla Polski drużynowe Mistrzostwo Świata.

„Regionalna”: Jak się zostaje Mistrzem Świata?

Leszek Klimas, Mistrz Świata: – Fartem (śmiech), oczywiście żartuję. Mistrzem Świata zostaje się ciężką pracą. Od kiedy zacząłem trenować w latach 90., to w głowie gdzieś siedziały myśli… „Mistrz Polski”. Wszystko jest osiągalne, jeżeli się chce. Jeżeli się do czegoś dąży, jeżeli w rodzinie jest wszystko w porządku, w firmie, finanse domowe czy firmowe, to wszystko musi zagrać, by głowa mogła się skoncentrować na celu.

Jak długo walczył pan o mistrzowski tytuł?

Na te mistrzostwa zacząłem się przygotowywać od 2015 r. To były 4 lata wyjęte z życiorysu. Żadnych imprez. Nawet jak były w tym czasie bale czy sylwester, to zawsze musiałem mieć ze sobą swoje jedzenie. Ani razu nie było tak, że jadłem na jakimś wyjeździe, na wakacjach, coś, czego nie mogłem, czego nie było w mojej rozpisce.

Kosztem były także wyrzeczenia.

Wyrzeczenia robiły największą robotę. Była ciężka praca nad ciałem, ale przede wszystkim praca nad głową. Bo w głowie odbywa się panowanie nad jedzeniem. Moi bliscy powtarzali mi, że dam radę. Nikt nie mówił: „Po co ci to, zostaw to, jesteś za stary”. Nie. Choć zdarzały się i głosy krytyki od dalszych znajomych, ale ja potrafiłem podejść do tego z dystansem. Droga po marzenia nie jest usłana różami.

Przez te 4 lata przygotowań, kiedy było najciężej? Kiedy pomyślał pan: „Leszek, po co co to? Masz klub, masz rodzinę i tytuły, możesz odpuścić”.

Najgorsze jest nawadnianie organizmu przed zawodami. Picie wody, prawie że do pęknięcia. Przed zawodami, które były w sobotę, ja już we wtorek piłem 8 litrów wody, w środę 9, a w czwartek 10 litrów. Normalnie przy tym jadłem. Człowiek w takie dni czuje się jak balon. Mojemu trenerowi Łukaszowi Kazimierczakowi też kiedyś zadano to pytanie. I on też uznał, że picie takiej ilości wody to najgorszy moment.

Warto było?

Jestem takiego zdania, że leżeć to ja będę w trumnie, teraz chcę pożyć. Dlatego szkoda mi czasu na spanie. Śpię 5 godzin. Wstaję o 4.30, robię sobie posiłek, o 6.00 otwieram klub, jestem w kontakcie z ludźmi. To jest moje życie.

Kulturystyka to sport dla ludzi silnych fizycznie i psychicznie.

Tutaj najważniejsza jest głowa. Jeżeli ktoś ma skłonności do oszukiwania samego siebie – podjadania, szukania wymówek, to nic w tym sporcie nie osiągnie. Przez 4 lata nie zjadłem niczego, co spowodowałoby u mnie wyrzuty sumienia. Jadłem tylko to, co miałem wyznaczone. Często klienci, którym wyznaczam dietę, są zdziwieni, że nie będą jeść owoców. Mówię wtedy, że niestety owoce typu banany czy winogron odpadają. Można jeść jagody, borówki, ale też określone ilości. Nie da się schudnąć czy wyrzeźbić sylwetki, nie podejmując wyzwania. Ludzie odchudzają się 3 miesiące i mają problem. Ja to robiłem przez 4 lata, każdego z 365 dni w roku. I dałem radę.

A czy motywuje pana to, że jest pan właścicielem klubu, kulturystą… Ludzie oczekują od pana więcej. Nie może pan odpuścić, bo co powiedzą ludzie?

Nie przejmuję się zdaniem innych. Gdybym chciał, zjadłbym kebaba na środku miasta. I nikt by mi nic nie zarzucił, bo ja wiem, jak ja wyglądam. Jestem ukierunkowany. Mam swój cel, mojej psychiki nic nie może złamać. Wypracowywałem to przez lata. W tym momencie, jeśli chodzi o temat psychiki, jedzenia czy treningów, to nie zawaham się uznać siebie za perfekcjonistę.

To sport dla perfekcjonistów?

Myślę, że tak. Wszystko na czas, wszystko musi być poukładane. Życie musi być poukładane, nie możemy mieć stresów. Jeżeli są, to trzeba sobie z nimi radzić. Podam to na przykładzie Arnolda Schwarzeneggera, któremu przed Mister Olimpia zmarł ojciec. On nie poleciał wtedy na pogrzeb do Europy, został w stanach i wygrał. Choć ojciec był dla niego bardzo ważny. Moja sytuacja jest inna, rodzice są na miejscu i są zdrowi, obym nigdy nie musiał dokonywać takich wyborów, ale taki jest sport.

Z czego jeszcze jest pan dumny?

Z rodziny, która mnie wspiera. Okres przed zawodami jest ciężki dla mojej żony Ilony. Gdziekolwiek mamy jechać, muszę przygotować jedzenie, wszystko zaplanować. Nie ma czegoś takiego, że ja coś robię z partyzanta. Dla osób, które tego nie robią, ciężko jest to zrozumieć. Moja żona wie, dlaczego to robię i po co. Wie, że to jest moje życie i moja pasja. Córka też to rozumie. Cała rodzina jest w to wkręcona.

Jest pan Mistrzem Świata. Co dalej?

Zdobyłem wszystko, co chciałem. Mam tytuł Mistrza Polski, międzynarodowy puchar i tytuł Mistrza Świata. Będę ćwiczyć, by utrzymać formę. Jednak zaraz po zawodach w poniedziałek, 21.10., dowiedziałem, się, że konkurencja, w której startuję, będzie PRO, a to znaczy, że będzie dla zawodowców. Zdobycie tytułu Mistrza Świata w tej samej konkurencji co teraz w przyszłym roku upoważni mnie do walki z najlepszymi na świecie, na najbardziej prestiżowych zawodach w USA. I to jest teraz mój cel. Zmierzyć się z najlepszymi w branży zawodowcami.

Napisz komentarz »