REKLAMA

Aktualności, Ludzie, wydarzenia

Odszedł nagle

Opublikowano 20 września 2019, autor: bj

Waldemar Malendowicz († 61 l.), długoletni nauczyciel Liceum Ogólnokształcącego im. B. Prusa w Żarach i trener drużyny unihokeja UKS Prus Żary zmarł nagle w poniedziałek, 16.09.

Nie zatrzymywał się nawet na chwilę. Od roku na emeryturze, ale wciąż związany z drużyną, której patronuje Prus. Kochający mąż i ojciec.

Do szpitala trafił wprost z meczu unihokeja swojej drużyny UKS Prus Żary z Wilkami Sanok (14.09.). W sobotę trafił na SOR najpierw w Sanoku, potem w Żarach i Żaganiu. Zmarł w poniedziałkowy poranek (16.09.).

Zostawił zrozpaczoną żonę, Elżbietę i dwóch synów, Mateusza i Miłosza. A także uczniów i absolwentów LO, gdzie uczył wychowania fizycznego od 1986r., a w ostatnich laty pracy prowadził doradztwo zawodowe i zajęcia z podstaw przedsiębiorczości. I zawodników jego ukochanej drużyny, UKS Prus.

Byli szczęśliwi

Był dobrym mężem i ojcem. – Znaliśmy się jeszcze ze szkoły. Oczywiście z Prusa. Chodziliśmy do równoległych klas. Ale lepiej poznaliśmy się w pracy. – wspomina Elżbieta Malendowicz, żona.

Ślub wzięli w 1987 roku. Dochowali się dwóch synów. Byli bardzo szczęśliwi.

 Tak bardzo się cieszył

– Dla mnie mój mąż był najlepszym przyjacielem. Dla dzieci – ojcem. Właśnie kupiliśmy synowi samochód. Tak bardzo się cieszył – płacze pani Elżbieta.

I dodaje: – Zawsze mogłam na niego liczyć. Bardzo pracowity, dbający o dom. Dom, ogród to jego dzieło. Był „złotą rączką”. Sam wszystko robił. Z każdego kąta wygląda jego praca. Czy to drewniany parkiet, czy pomalowana ściana. Teraz też, dosłownie w tym tygodniu mąż planował niewielki remont. Mieliśmy już osobę umówioną do pomocy. Choć mąż i tak chciał większość rzeczy zrobić sam. Chcieliśmy też przełożyć dach. Zbieraliśmy pieniądze. Był bardzo pracowity. Ogród był jego królestwem, sadził drzewa, pielęgnował, pięknie uformował żywopłot – wspomina E. Malendowicz.

Podczas wakacji odwiedzili Bułgarię. -W przyszłym roku planowaliśmy Teneryfę…Już nie pojedziemy. – mówi pani Ela.

Mecze tam na górze…

W. Malendowicz znajdował czas na aktywność fizyczną. – Jeździł rowerem, chodził na treningi. W dodatku sam musiał wszystkiego dopilnować. Nawet prania koszulek zawodników, takich z numerami, które noszą na wierzchu. W sobotę też je przywiózł. Razem z legitymacjami, identyfikatorami. Wszystko to zostało. Teraz pytam, czy ty tam na górze będziesz rozgrywał mecze? – pyta ze łzami w oczach E. Malendowicz.

W drużynie działał niemal trzy dekady. W zeszłym roku do tej dyscypliny udało mu się skrzyknąć dziewczęta, powstała żeńska grupa. We wspomnieniu Polskiego Związku Unihokeja jest wpis, że W. Malendowicz był jednym z prekursorów unihokeja w zachodniej Polsce. Był wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych dziewcząt i chłopców.

Sport i ta drużyna to była jego druga miłość – mówi E. Malendowicz.

Ledwie wszedł do domu

W ostatnią sobotę, 14.09. miał być wyjazd na mecz, jak zazwyczaj. Choć W. Malendowicz źle czuł się jeszcze przed wyjazdem. – Był przekonany, że zjadł coś, co mu zaszkodziło. Że się zatruł. Albo złapał jelitówkę. Miał nudności-opowiada E. Malendowicz. Jechał prawie 600 km Sanoka, nie chciał zostać w domu. – Powiedział, że jeżeli nie pojedzie, to drużyna nie zostanie dopuszczona do rozegrania meczu-tłumaczy E. Malendowicz.

Czuł się źle. – Ale pod koniec meczu już nie dawał rady. Pojechał  na SOR. Przeleżał przez całą noc pod kroplówką. Wypisał się na własne żądanie. Do domu wrócił w niedzielę, czuł się tak bardzo źle, że ledwie wszedł.

Pojechali do 105 Szpitala Wojskowego. -Tam okazało się, że nie ma miejsca i mąż trafił do Żagania – dodaje E. Malendowicz.

Trudno mi nzrozumieć

Rozmawiali w nocy, przez telefon. – Zadzwonił. Mówił do mnie „idź spać, ja i tak nie będę miał jak rozmawiać”. Bo szedł na zabieg. Chodziło o jelita. W tej sytuacji zadzwoniłam w poniedziałek  rano. Rozmawiałam z pielęgniarką. Mówiła mi, że mąż śpi -przeciera oczy E. Malendowicz.

Postanowiła, że do szpitala wybierze się nieco później. – Miałam zaplanowane dwie lekcje. Nagle, podczas zajęć zadzwonił telefon, lekarz powiedział, że mój mąż nie żyje. Trudno mi zrozumieć, dlaczego tak, w ten sposób…Ja nawet nie wiem, jak zareagowałam. Jak to widzieli to uczniowie. Po prostu wybiegłam z klasy – rozpacza.

W. Malendowicz nie miał problemów ze zdrowiem. Tym razem coś się stało. – Trudno to zrozumieć. Lekarze mówili, że nie było żadnych guzów. I że sam zabieg przeszedł pomyślnie.

Pogrzeb W. Malendowicza odbędzie się dziś, w piątek 20.09 o godz. 12 na cmentarzu w Grabiku.

Napisz komentarz »