REKLAMA

Aktualności, Ludzie, wydarzenia

To był dusza człowiek

Opublikowano 23 sierpnia 2019, autor: hakma

W wieku 56 lat zmarł Mirosław „Bolek” Adamkiewicz. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w ŁKS-ie Łęknica, grał w Unii Kunice oraz Piaście Iłowa, a także w lidze niemieckiej. Był wzorem do naśladowania dla młodych adeptów piłki nożnej.

Jeszcze w świąteczny czwartek (15.08.) był na meczu w Kunicach, żeby obejrzeć w akcji swoją drużynę. Spiker Unii, Bogdan Klockowski, przywitał zasłużonego piłkarza, a wszyscy znajomi Bolka podchodzili do niego, żeby zamienić z nim kilka słów.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że on nie żyje. Jeszcze parę dni temu na meczu z nim rozmawiałem – mówi Mirosław Szymeczko, kolega Bolka.

Nie wyglądał dobrze. Znajomi i kibice wiedzieli, że od października ubiegłego roku zmagał się z ciężką chorobą. Zmarł w nocy z niedzieli na poniedziałek, 18 sierpnia.

 

Diagnoza-białaczka

– Jesienią ubiegłego roku tata  źle się czuł przez kilka tygodni – wspomina córka, Karolina Adamkiewicz-Kwaśniak. – Bolały go nogi i był osłabiony. Poszedł do kardiologa, a ten skierował go na badania krwi. Od razu postawiono diagnozę. Białaczka. Przeszczep miał w listopadzie w Niemczech, w Würzburgu, bo tam od czterech lat rodzice mieszkali. Dawcą była 25-letnia dziewczyna z Poznania. Przeszczep się udał. Tata wyszedł ze szpitala. Potem była długa rehabilitacja. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do wyzdrowienia.

Niestety, osłabiony organizm został zaatakowany przez grzyby, które umiejscowiły się na narządach wewnętrznych. M. Adamkiewicz miał wodobrzusze i bardzo spuchnięte nogi. Nogi, które kiedyś potrafiły zrobić z piłką cuda, teraz były dla niego ciężarem, z czym do końca nie mógł się pogodzić.

 

Rodzina była najważniejsza

Pan Mirosław i jego żona Iwona mają czworo dzieci – Adriana, Karolinę, Laurę i Patryka. Wiadomość o jego nagłej śmierci wstrząsnęła nimi i nie potrafią się z nią pogodzić.

– Był naprawdę wspaniałym ojcem – opowiada Adrian, syn Bolka. – W czwartek pojechałem po rodziców, bo tata bał się jeździć tyle kilometrów sam. Chciał z mamą przyjechać do Polski, do domu. Po południu poszliśmy na stadion, na mecz. Widziałem, jaki był szczęśliwy, że wszyscy go poznają i podchodzą do niego, żeby się przywitać, zamienić kilka słów. Potem, w domu, odwiedziła go praktycznie cała nasza rodzina. Bawił się z wnukami. Odżył, nabrał apetytu, Cieszyliśmy się, bo wrócił nasz dawny tata, który był zawsze duszą towarzystwa. Śpiewał na weselach, grał na perkusji i zabawiał całą rodzinę. Nie mogliśmy się na niego napatrzeć. Energia go rozpierała – wspomina A. Adamkiewicz.

 

Sepsa

Nic nie wskazywało, że w niedzielę wydarzy się tragedia. Po południu źle się poczuł. Wezwali karetkę. Przy łóżku w szpitalu została cała rodzina. Wieczorem lekarz powiedział, że może nie przetrzymać nocy. Diagnoza – sepsa.

– Wszyscy byliśmy w szoku. Skąd tak nagle sepsa? – mówi drżącym głosem Karolina. – Siedziałam przy tacie do północy. Dawałam mu pić, bo skarżył się, że jest spragniony i że mu bardzo gorąco, choć jak go dotykałam, był zimny. Potem wyprosił mnie lekarz. Trochę mam żal, bo oni wiedzieli, że tata umiera i nie pozwolili mi się z nim pożegnać – kończy ze smutkiem córka zmarłego.

– To był dla nas szok. Miałem wrażenie, że tata jakby coś przeczuwał, bo tak bardzo chciał przyjechać do Polski. Jakby chciał się ze wszystkimi pożegnać. Jakby przez chwilę chciał przypomnieć sobie, jaki był szczęśliwy – mówi poruszony syn zmarłego. – Dla mnie tata był nie tylko ojcem, ale także najlepszym przyjacielem, mogłem z nim godzinami rozmawiać o piłce, samochodach i muzyce. Mieliśmy razem pojechać na koncert Dżemu. Niestety, już tego nie zrobimy.

 

Ostatnie pożegnanie

Pana Mirosława w Kunicach i w piłkarskim środowisku znają wszyscy. Prawie wszyscy jednak zapamiętali go pod imieniem Bolek, bo innego nie używał.

– To był świetny piłkarz, mógł zrobić karierę. Interesował się nim nawet Lech Poznań. Ale dla niego zawsze najważniejsza była rodzina. Iwonka, czyli „Misiowa”, jak o niej mówił i jego ukochane dzieci, poza którymi świata nie widział. Zdecydował się więc na grę w Niemczech, bo było bliżej i nie musiał się z nimi rozstawać. To był dusza człowiek, takich ludzi już jest coraz mniej. Szkoda, że go już go nie ma z nami – powiedział Andrzej Świerczyński, długoletni kolega z boiska Bolka.

W czwartek (22.08), na cmentarzu w Kunicach, rodzina, znajomi, piłkarze i kibice pożegnali Bolka w jego ostatniej drodze.

Napisz komentarz »