REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Życie jest kruche…

Opublikowano 26 lipca 2019, autor: Michał Szczęch

Wypadek, w którym zginęli ojciec i syn, przeżyło małżeństwo z Żar, Michał i Gabriela Grubizna. Policjanci i lekarze mówią nie tylko o wielkim nieszczęściu, ale też o cudzie.

– Wychodząc z domu, człowiek przecież nie myśli, że może do niego nie wrócić. Do dzieci powiedzieliśmy tylko „Cześć! Będziemy przed dziewiątą wieczorem!” I pojechaliśmy do Zielonej Góry na zakupy. Najmłodszy syn, czternastoletni, chciał jechać z nami. Dziś dziękuję Bogu, że nie wziąłem chłopaka – Michał Grubizna oddycha z ulgą. Z trudem. Ma pogruchotaną klatkę piersiową i popękane żebra, więc każdy oddech sprawia ból. Tak jak każde wypowiedziane słowo i każda myśl o wypadku.

Siedzi na szpitalnym łóżku.

– Właśnie tak kruche jest życie – powtarza i pstryka palcami. – Wystarczy kilka sekund i człowieka nie ma.

Nawet lekarz powiedział, że to cud, skoro nie stało się nic gorszego, a Michał po tak strasznym wypadku jest przytomny.

Żona zaczęła krzyczeć, a później straszny huk

Michał pamięta, że to było na łuku, w połowie trasy między Nowogrodem i Zieloną Górą, w okolicach słynnych, niebezpiecznych zakrętów.

– Zza łuku wyskoczył samochód, na nasz pas, jakby go wyrzuciło – opowiada. – Znalazł się kilka metrów przed nami. Nie było mowy o jakimkolwiek uniku. Żona zaczęła krzyczeć, a później był straszny huk. Pamiętam kurz z poduszek powietrznych i nieprzyjemny smak w ustach. Odpiąłem pasy i wyskoczyłem, bo strasznie bolało mnie w piersiach. Jakby zawał. Otworzyłem drzwi od strony żony. Prosiłem ludzi o pomoc. „Pomóżcie mojej żonie!” krzyczałem. Samochody się zatrzymywały. W naszą stronę biegli jacyś ludzie. Ktoś podtrzymywał żonie głowę. Pamiętam tego mężczyznę. Bardzo mu dziękuję za pomoc. Ktoś zadzwonił po pogotowie. Ktoś pobiegł do drugiego samochodu. Później powiedzieli, że jest źle, że dla nich nie ma już ratunku.

Ktoś czuwał

– Życie jest kruche… – powtarza Michał i zawiesza głos. Znowu pstryka palcami. – Wiem, jak zniszczone były samochody. Wiem, że tamci ludzie zginęli. My dostaliśmy drugą szansę. W takim momencie człowiek nabiera pokory – Michał jest przekonany, że ktoś nad nim i nad Gabrielą czuwał. – Żona traciła przytomność, a ja myślałem tylko, że nie mogę wrócić do domu bez niej. Małżeństwem jesteśmy 22 lata, poznaliśmy się 27 lat temu. I w tych kilka chwil po wypadku przeleciało mi przed oczami nasze wspólne życie. Co ja zrobię, jeśli jej coś się stanie? Jak ja dam radę dalej funkcjonować? Przecież mamy trójkę dzieci… Ciężko mi, że mnie położyli tutaj, w Zielonej Górze, a żonę zabrali tam, do Nowej Soli. Nie mamy żadnego kontaktu, nawet telefonicznego, nie informują mnie. Wiem tylko, że żyje, że ma dobrą opiekę, że walczy.

Gabrielę do Nowej Soli przetransportowano śmigłowcem. W ciężkim stanie trafiła na oddział chirurgii ogólnej. W środę i czwartek przeszła dwie operacje.

Musi być dobrze

Pan Michał od 2001 roku prowadzi z bratem sklep elektryczny przy Kaczym Rynku w Żarach.

– Szkoda i jednych, i drugich – przyznaje Marcin Grubizna, żarski radny i brat poszkodowanego w wypadku. – W firmie sobie poradzę. To straszne, że jedzie człowiek coś załatwić albo na zakupy, a w jednej chwili ląduje w szpitalu. Cieszę się, że brat i bratowa wyszli z tego cało. Staram się też być wsparciem dla ich dzieci, mają 21, 18 i 14 lat – opowiada M. Grubizna.

Michał wierzy, że będzie dobrze.

– Musi być dobrze – powtarza. – Już niedługo wszyscy razem znowu będziemy w domu.

Napisz komentarz »