REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Pomóżmy im, bo na to zasługują

Opublikowano 07 grudnia 2018, autor: bj

Los nie oszczędzał rodziny Szymczaków. Gdy Gabrysia (?29 l.) zmarła, Tomasz został sam z dwójką dzieci, z niepełnosprawnym Olkiem (8 l.) i Kacprem (10 l.). Ich historia poruszyła Wasze serca. Gdy walczyli ze śmiertelną chorobą, gdy przegrali, gdy potrzebna była pomoc, okazaliście ją. Bo wiedzieliście, że na nią zasługują. Jak radzą sobie dziś?

Właśnie mija rok po śmierci Gabrysi Szymczak z Sieniawy Żarskiej. Odwiedzamy Tomasza kilka dni przed tą tragiczną rocznicą. Gabrysia zmarła 13 grudnia, zaledwie w dwa miesiące po tym, jak usłyszała, że ma raka, chłoniaka jajników. Wcześniej, od narodzin swojego młodszego synka, każdego dnia walczyła o jego zdrowie, bo Olek urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym. Wymaga nieustannej opieki.

 

Anioł czuwa

Rak szybko wyniszczał Gabrysię, ale nie tracili nadziei. Dlatego tragedia spadła na nich jak grom z jasnego nieba. W tamtej chwili, gdy dowiedzieli się, że Gabrysia zmarła w szpitalu, byliśmy razem z nimi. Telefon zadzwonił, gdy przygotowywaliśmy reportaż o pomocy dla Olka. Ich świat się zawalił, ale Tomasz wiedział, że nie może się poddać, że musi żyć dla dzieci.

– Wciąż mi ciężko, gdy myślę o Gabrysi. Do tej pory nie mogę chodzić na cmentarz – mówi cicho Tomasz i odwraca wzrok.

Olkowi o mamie przypomina anioł nad łóżkiem.

– Gabrysia mu go kiedyś kupiła i powiesiła. Żeby czuwał. Olek niewiele mówi, choć czasem zawoła mamę, ale zdarzają mu się takie chwile, gdy leży i tylko wpatruje się w aniołka – mówi wzruszony tata.

Starszy Kacper nie mówi o mamie. Najbliżsi to szanują.

– Przeżywa to tak, w środku – pan Tomasz pokazuje na serce. 

– Jak idę z dziećmi na cmentarz, to tłumaczę im, że trzeba słuchać teraz taty i babci. I kochać. A Oluś, jak tylko mówię, że tata do domu wraca, gdy na przykład musi do Żar pojechać, to śmieje się i bardzo cieszy – mówi Renata Olejniczak, mama Gabrysi.Nie ukrywa jednak, że jest jej bardzo ciężko. – Łzy mi po twarzy same płyną. Ale wtedy przychodzę tu do nich, spojrzę na dzieci, to mi trochę lżej.

 

Żeby stanął kiedyś na nogi

Dzieci są sensem życia Tomasza.

– Staram się im zapewnić wszystko. Kacper nie żąda żadnych gadżetów. Jest bardzo mądry i troszczy się o młodszego brata – mówi Tomasz.

Najważniejsze są postępy, jakie przez ostatni rok zrobił Oluś.

– Potrafi skupić się na książce, którą przegląda. Nie tylko przewraca kartki, co w jego przypadku też jest ważnym ćwiczeniem, ale w skupieniu się wpatruje, gdy go coś zainteresuje. Potrafi ładnie układać plastikowe klocki. Lubi też zabawkę z powyginanymi drutami, na których są drewniane kulki i klocki. Przesuwa je, przerzuca. Dzięki temu również ćwiczy sprawność rąk. Urósł. Częściej się uśmiecha – wylicza pan Tomek. I pokazuje filmik, na którym widać, jak Olek samodzielnie siedzi. Od września jest uczniem Zespołu Szkół Specjalnych w Żarach. Codziennie jest u niego nauczycielka.

– Na razie mówię o tym ostrożnie, bo trzeba to będzie dokładnie skonsultować z lekarzem, ale być może wkrótce będzie można wyjąć rurkę tracheostomijną. Miała pomagać w usuwaniu zalegającej wydzieliny – mówi Tomasz.

 

To by było wielkie szczęście

Do tego droga jest jednak bardzo daleka. Olek musi być rehabilitowany. I to intensywnie, żeby wzmacniać mięśnie. W ostatnim roku na rehabilitację jeździł przez 2 tygodnie.

– Rehabilitant to wspaniały człowiek. Bardzo życzliwy, ale mimo wysiłków, tych zabiegów jest po prostu za mało – martwi się pan Tomasz. Na razie sam stara się ćwiczyć z synkiem.

Konieczność rehabilitacji jest największą troską rodziny. I największym wydatkiem, na który ich nie stać.

– Gdyby rehabilitant przyjeżdżałby choć 2-3 razy w tygodniu, gdyby udało się to załatwić, to byłoby coś naprawdę dla nas ważnego – rozmarza się pani Renata.

Prywatna wizyta rehabilitanta to jednorazowo wydatek nawet 100 zł. Turnus rehabilitacyjny to grube tysiące.

– Słyszałam o takim ośrodku nad morzem. Nazywa się „Bajka”. Tam z dziećmi bardzo dużo ćwiczą. Gdyby Oluś mógł pojechać 2-3 razy w roku, to na pewno zdrowiałby szybciej – tłumaczy pani Renata.

A Tomasz marzy: – Wierzę, że on kiedyś stanie na nogi. Zacznie mówić. Będzie choć w części samodzielny. To by było wielkie szczęście!

Sami sfinansować tego nie mogą, bo pan Tomasz od roku nie pracuje. Wcześniej był listonoszem.

– Wykorzystałem to, co mogłem, zwolnienie, urlop, ale dłużej się nie dało. Dlatego musiałem w końcu zwolnić się z pracy, żeby przejąć opiekę nad synem – tłumaczy.

W tej chwili pan Tomasz i jego dzieci utrzymują się ze świadczenia 500+, renty po mamie, a także zasiłków – pielęgnacyjnego i rehabilitacyjnego.

Tomasz stara się radzić sobie ze wszystkim, z czym został sam po śmierci Gabrysi. I tylko wobec choroby synka jest bezradny. Pomóżmy mu.

Każdy, kto chce pomóc Tomaszowi i Olkowi, może kontaktować się z redakcją „Regionalnej”. Oni naprawdę na to zasługują.

Napisz komentarz »