REKLAMA

Wasze sprawy

Ratowali Dziunię

Opublikowano 17 sierpnia 2018, autor: bj

Spokojna zazwyczaj kotka uciekła przez okno i przechadzała się po gzymsie budynku. Potem utknęła w rynnie. Roztrzęsiona właścicielka wezwała na pomoc strażaków.

Nie szuka przygód i zawsze cierpliwie czeka na powrót z pracy swojej pani. Tego dnia, czyli w środę, 8.08., było jednak inaczej.

– Jak nigdy, przedarła się przez moskitierę i przez okno dachowe wyszła na zewnątrz. Gdy wróciłam, pierwsze co usłyszałam, stojąc jeszcze przed budynkiem, to miauczenie. Zobaczyłam Dziunię siedząca w rynnie przy oknie sąsiedniego mieszkania. Przypuszczam, że zobaczyła jakiegoś ptaka i próbowała go złapać – opowiada pani Małgorzata z Żar.

Kobieta angażuje się w pomoc zwierzakom. W jej domu jest 8 kotów, w większości takich, dla których szuka nowych właścicieli. To zwierzaki po przejściach. Podobnie jak Dziunia.

– Gdy do mnie trafiła, miała wrośnięte w skórę wnyki. Najwyraźniej ma złe wspomnienia związane z człowiekiem, bo nawet zbyt gwałtowny ruch ręką wywołuje u niej odruch obronny – opowiada pani Małgosia.

Dlatego Dziunia, która jest w jej domu od 3 lat, pozostanie w nim na zawsze. Jest jak domownik, członek rodziny. Tego popołudnia sytuacja wydawała się trudna.

– Szybko pobiegłam do domu, próbowałam z okna rzucić jej koc, by się w niego wczepiła. Wówczas mogłabym ją wciągnąć – wspomina pani Małgosia i nie ukrywa, że była wówczas bardzo roztrzęsiona. To się jednak nie udało, bo kotka utknęła w rynnie.

 

Faktury nie wystawiają

– Nie było wyjścia, trzeba było dzwonić po strażaków. Chociaż nie miałam pewności, czy mnie nie wyśmieją, że straż do kota wzywam. Przyjechali w ciągu kilku chwil. Bardzo profesjonalnie. Weszli po drabinie, wydobyli Dziunię. Na koniec dowódca zapytał, czy pisać fakturę VAT. I od razu dodał, że żartuje. Teraz już wiem, że oni po prostu pomagają – opowiada pani Małgorzata.

 – Informacja o uwięzionym w rynnie kocie dotarła do nas o godz. 19.25. Zwierzę utknęło na wysokości ok. 7 metrów. Strażacy do jego uwolnienia użyli wysięgnika. Cała akcja trwała niespełna pół godziny – informuje bryg. Grzegorz Lisik z żarskiej straży pożarnej.

– Jestem bardzo wdzięczna strażakom za poważne podejście do sprawy. Starali się jeszcze rozładować sytuację, bo widzieli, jak bardzo jestem zdenerwowana – podkreśla pani Małgorzata. I dodaje: – Życzę im, by zawsze z każdej akcji bezpiecznie wracali do domów. Bo pomagają w ludzkich tragediach, ale nie lekceważą sytuacji, gdy chodzi o zwykłego kota – kończy pani Małgorzata.

Napisz komentarz »