REKLAMA

Sport

Upał, kapucha i buraki

Opublikowano 03 sierpnia 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Gorąco jak cholera. Klawisze od kompa się rozpuszczają i mózgi niektórym też.

Podobno każdego można kupić ? trzeba tylko znać cenę i rodzaj waluty. Tak twierdzi Waldek Łysiak i coś w tym jest.

Już kiedyś pisałam o tym, że kluby na wioskach i w mieścinach kasiory nie posiadają. Ich uczestnictwo w rozgrywkach klasy A i B i nieraz O sprowadza się do skrzyknięcia paru gości spod sklepu. Jak zbierze się jedenastka, to mecz się odbędzie, jak nie… to nie. Nikt nie robi z tego problemu. Kibice są zadowoleni, bo od czasu do czasu można sobie lokalną kopaninę pooglądać i strzelić browarka. Kto zabroni? Nikt. Coś się kręci. Ale nie wszędzie.

Niektórzy bardziej ambitni (w piłce to taki synonim słowa bogatsi) chcą awansować. Z jednej kopaniny do drugiej. No, problemy pojawiają się, jak ktoś chce jeszcze wyżej. Bo bez kasy ani rusz. Szmal (nie Sławek) rządzi wszystkim. Choć byśmy zarzekali się, że pieniądze nie są dla nas ważne, to i tak wszystko sprowadza się do brutalnej rzeczywistości. Nie masz kasy, nie masz drużyny. I w tym upale chłodem powiało. Sponsorzy w sporcie – ważna rzecz, dlatego prezesi biegają, mimo upałów, w garniturkach od jednego do drugiego gościa i żebrzą. Bo inaczej tego nazwać się nie da. Ogólna żebranina dotyka wszystkich, no, prawie… Niektóre kluby mają komfort i strategicznego sponsora posiadają, i niestraszny im bilans na koniec roku. Poszaleć można na obozach i zagranicznych rozgrywkach. Zmienić stroje jak rękawiczki i mieć klasowych graczy. Dbać o kibiców i robić oprawy jak w Ameryce. Premie za mecz i wypłata na czas to komfort, na który nie każdy sobie może pozwolić. Bo kto bogatemu zabroni?

Od czasu do czasu w wioskowej piłce pojawia się jakiś właściciel firmy i chce mieć swój klub. I klub istnieje tak długo, jak długo taki osobnik ładuje w drużynę swój dochód. Kupuje zawodników, ba, nawet reprezentantów Polski, którzy kiedyś stali obok „Lewego” w szatni jak brali od niego brudne koszulki do prania. Historia Formacji Port Mostki nikogo nie nauczyła rozumu. Chęć zaistnienia w wielkiej piłce jest ogromna, a słowa rozsądek i rozum wrzuca się na dno kosza i z hukiem zatrzaskuje klapę od śmietnika. Zaczyna się budowanie zespołu. Zatrudnia się klasowego trenera, który z niejednego pieca chleb jadł, z charyzmą i doświadczeniem, obiecuje mu się tyle kapuchy, ile uniesie, byle zrobił awans. Gościu ambitny zaczyna ściągać do zespołu graczy, którzy coś potrafią. Ba, nawet sięga po piłkarzy egzotycznych. I z tej mieszanki buduje silną i świetnie grającą drużynę, która w dwa lata robi awans z A klasy do 4. ligi. I ręce same składają się do oklasków. Bo to sukces, a tego burak, zwany sponsorem, przecież chciał. Ale nie do końca. Żeby było śmieszniej, na zakończenie sezonu trenera się wywala, bo za progiem stoi kolega kolegi, który zespół poprowadzi dalej, za odpowiednie wynagrodzenie oczywiście.

Do tych buraków, granatem od pługa oderwanych, dochodzą jeszcze „sponsorzy indywidualni”. Cóż to za wytwór? To cwaniaczki, którzy kasę zarobili w sposób nie do końca legalny i teraz pozują na znawców piłki kopanej. I nagle niektóre kluby z wioch, które trudno znaleźć na mapie, zaczynają się piąć w górę. Zespoły marzeń każdego trenera, naszpikowane najlepszymi graczami z okolicy, leją za ciężką kasę wszystkich dookoła i w ciągu dwóch lat robią dwa awanse. I wtedy zaczynają się schody. Bo wyżej, panowie, trzeba biletów Narodowego Banku Polskiego coraz więcej i ręczna drukarka w stodole już nie wystarczy. Nie podoba mi się to i pewnie znowu się narażę. Nie pierwszy raz i obiecuję, że nie ostatni.

Ogórki zrobione. Teraz czekam na początek sezonu.

Napisz komentarz »