REKLAMA

Sport

Towarzystwo wzajemnej adoracji

Opublikowano 27 lipca 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Staram się być apolityczna. Bardzo. Swoje za studenta przeszłam. Pały, które dostałam od ZOMO, czuję na krzyżu do dzisiaj, więc politycznie jestem zahartowana i dlatego przeszłam na emeryturę.

Ostatnio przeczytałam wywód mojego kolegi po fachu. Od 40 lat pisał o sporcie, a tu niespodzianka. Popełnił rzecz polityczną i nie podobało mi się. Dlatego, choć chciałam dowalić paru osobnikom, nie uczynię tego, bo nie będę włazić w gówno, które czuć na kilometr.

Niestety, sportu nie da się oddzielić od polityki. A raczej nie da się ze sportu wywalić demagogów i karierowiczów, którzy na grzbiecie zawodników chcą sobie pojechać jak na łysej kobyle ku stołkowi władzy. Zbliżają się wybory. I nagle okazuje się, że ze wszystkich dziur, jam, pieczar i norek wypełzają istoty człekopodobne, które chcą się jakoś do tego sportu poprzyklejać. Za pomocą taśmy i przylepca. Butapren mile widziany. Każdy głupi przecież wie, że sport to nośnik medialny, jak mało który. Więc glisty i dżdżownice wiją się przed każdym prezesem czy trenerem, bo chcą zaistnieć przy okazji. Obrzydliwe. Ale tylko dla nielicznych. Bo nagle będziemy oglądać na meczach i imprezach włodarzy miast i wioch, ich zastępców, prezesów, radnych i przewodniczących. Będą ściskać ręce i dyskutować o czymś, na czym się zazwyczaj kompletnie nie znają. Im ktoś mniej znaczy, tym większą będzie miał determinację. W zasadzie politycy też mają swój wyścig. W naszym grajdole zawody są raczej kameralne, co nie znaczy ze mniej emocjonujące. Rozgrywki interpersonalne jasne i łatwe do rozgryzienia. Wiadomo, że niektórzy nie pobiegną do mety w tej samej sztafecie i nie zagrają w jednej drużynie.

Już czekam na programy wyborcze tych kandydatów, w których obwieszczą, ile i czego zrobili dla sportu, a ile (pewnie stadion narodowy przy tym to pikuś) jeszcze zrobią. Bo obiecywać jest łatwo. Mało kto potem pamięta: co, kto, komu i za ile? Ja obiecuję, że będę pamiętać. Ba, nawet sobie zapiszę, bo latka lecą, a demencja puka do drzwi. Zanotuję tych, co zbudują wszystko i dla wszystkich i tych, którzy będą twierdzić, że klub – drużyna to oni, a reszta to tylko napis na dropsie. I ja też coś obiecam. Nie popuszczę. Rozliczę ze wszystkich durnych i pustych obietnic. Zrobię zdjęcia każdemu, kto pokaże się jednorazowo na meczu, biegu czy turnieju. Żeby potem udowodnić, że zapał był słomiany i podyktowany tylko chęcią wygranej w wyborach.

I tu okazuje się, że politycy są podobni do działaczy sportowych. Przyglądam się tej „Grze o tron” z boku i nieraz stoję jak kretynka z rozdziawioną gębą, bo nie mogę pojąć, dlaczego działacze w klubach nie potrafią się kulturalnie dogadać między sobą. Kłamią, oszukują i co najpiękniejsze: obrażają się. Podbieranie zawodników, zaniżanie kontraktów, ba, dogadywanie się za plecami są na porządku dziennym. Kopią pod sobą dołki, a potem dziwią się, że leżą na ortopedii. Skąd oni czerpią takie wzorce, pozostaje mi tylko się domyślać. A najlepsze jest to, że większość z nich nie jest zupełnie odporna na krytykę. Takich osobników, którzy żyją w błogim przeświadczeniu, że są pod ochroną, nie wolno pojechać, bo strzelą focha i będą w tym stanie trwać aż do końca świata, a może i dłużej. Teraz też z pewnością już dyszą ze świętym oburzeniem w oczach. Bez obaw, ja tu personalnie w nikogo nie uderzam. Po prostu hołduję zasadzie „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. I z pewnością tak właśnie będzie. Nie jestem w żadnym politycznym obozie i żadna rozgrywka mnie nie dotyczy. Lejcie się po pyskach sami. Wyzywajcie i obrażajcie we własnym towarzystwie wzajemnej adoracji. Nie niszczcie tylko tej chęci i woli walki, która w młodych ludziach, uprawiających sport, wciąż jest, a nie została skażona waszymi układami i kto komu jest winien przysługę. Jeszcze…

Napisz komentarz »