REKLAMA

Sport

Dyńka, kartoflisko i czołg

Opublikowano 20 lipca 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Jednym się chce, a innym nie. Odwieczny dylemat podejścia do życia i do tego, co jest ważne. Od meczów półfinałowego i finałowego Mistrzostw Świata mam pewien niesmak. Bo niby wszystko ładnie było. Niby była waleczność i chęć, ale jakby nie do końca. Od początku półfinału miałam wrażenie, że Anglicy chcą mniej, a Belgowie więcej. Jakoś szybciej biegali, więcej atakowali i po prostu biła od nich wola walki. To nic, że to mecz przegranych, ale w końcu grali o podium na Mundialu. Flegmatycznym Anglikom po prostu się nie chciało. Skąd my to znamy? Chorwacja swoją walecznością i nieustępliwością zwojowała wiele serc. I niby w tym finale walczyła, i niby wszystko było znośnie do samobója Mandżukicza, który na swoje nieszczęście, na polu karnym był najwyższy i pociągnął z dyńki do własnej bramki. Z pewnością nie był zadowolony z tego faktu. Niestety, niesmak pozostał i koledzy po meczu mieli do niego pretensje. No ludzka rzecz. Ale tak między nami, Chorwacja nie grała swojego, a najlepszy piłkarz Mundialu Modrzicz, jak mówi mój tata, nie błyszczał jak zwykle i tę nagrodę, w postaci złotej piłki, dali mu zapewne na otarcie łez. Ale z pewnością Francji chciało się bardziej i parła do przodu z uporem maniaka i czołgu Rudy 102. Parafrazując klasyka: Jakbyśmy z 11 takich czołgów mieli, to pewnie sami byśmy ten Mundial wygrali. Ale nie mamy. Lewandowski to za mało. I okazało się, że każda drużyna, która ustawiała swoją grę pod gwiazdę, kiepsko na tym wyszła. Bo zespołowości w tym nie było żadnej, a i konflikt interesów w końcu wylazł w całej okazałości.

Byłam w niedzielę przed finałem na meczu niezwykłym. Na boisku, choć nie wiem do końca, czy to, na czym grali piłkarze obu drużyn, zasługiwało na miano boiska, spotkały się dwie drużyny Zielonych Złotnik. Na próżno szukać ich w jakichkolwiek rozgrywkach PZPN. Zieloni nie istnieją na papierze, nie istnieją elektronicznie, ale duch w nich pozostał silny. Przed finałowym meczem na Mundialu skrzyknęli kolegów i na kartoflisku, które udawało boisko, zagrali prawdziwy mecz! Oldboje, nie żadni tam udawani, prawdziwi z krwi i kości, naciągnęli na brzuszki koszulki, na nogi założyli korki dawno już zawieszone na kołkach i wybiegli na boisko, żeby zagrać z piłkarzami z ostatniej, przed rozwiązaniem klubu, drużyny Zielonych Złotnik. Jak sami żartowali – SOR w Żarach w tym dniu może mieć sporo roboty. Humor ich zresztą nie opuszczał całe spotkanie, bo oprócz tego, że mogli zagrać, mecz był okazją do prawdziwego święta we wsi. Były prawdziwe czirliderki z pomponami, rodziny z dziećmi i media w mojej osobie. Szacun, panowie. Gratuluję odwagi. Wam chciało się męczyć w upale, a mnie zaimponowaliście. Zwłaszcza tym, że wam się chciało.

Największe jednak wrażenie zrobił na mnie jedenastoletni piłkarz, którzy przez 4 lata nie opuścił żadnego treningu. Ba, chodzi nawet na dodatkowe. Deklaruje, że piłka jest dla niego wszystkim. Jeździ na obozy, o których marzy cały rok. Chce grać w piłkę o każdej porze i w każdej chwili. Nie rozumie kolegów, którzy się obijają. Tak przecież do niczego nie dojdą. On ma dopiero 11 lat, a podejście dojrzałego i inteligentnego mężczyzny. Nie wiem, czy śpi z piłką pod poduszką jak Kamil Stoch z nartami, ale jemu się zwyczajnie chce. Nasze lokalne piłkarzyki mogliby się od niego wiele nauczyć. Panowie, którzy macie za sobą lata gry, weźcie z niego przykład, jak można mieć ambicję i chcieć czegoś więcej. Wiadomo, że z każdego piłkarza nie wyrośnie Lewandowski, Ronaldo czy Messi, ale oni tyrają jak woły, żeby być tym, kim są. A na naszym podwórku niekoniecznie jest to normą.

Napisz komentarz »