REKLAMA

Sport

Buciki, ubranko i heja!

Opublikowano 13 lipca 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Od dawna mnie nurtował problem zdrowego biegania. Czy w ogóle można biegać amatorsko i nie przeciążać organizmu?

Bywam teraz z okazji mojej profesji na wielu biegach i zastanawiam się do czego to prowadzi. Idea biegania zawodowego trafia do mnie jak najbardziej. Sportowiec wybiera sobie swoją ścieżkę i wie co go czeka. Profesjonalne uprawianie sportu zdrowe nie jest. Powie wam to każdy, kto kiedykolwiek posmakował wyczynowego sportu. Ale to wybór świadomy i każdy wie, co go czeka. Sama uprawiałam piłkę ręczną przez 25 lat. Do dzisiaj zbieram i z pewnością będę zbierała, owoce tego grania. Nie da się bowiem dawać z siebie 100%, bez maksymalnych obciążeń organizmu.

Bieganie rekreacyjne jest dla mnie do przyjęcia. Chociaż treningi biegowe w lesie, na obozie, nie były moimi ulubionymi, to wiem, że ruch pomaga w odchudzaniu, lepszym samopoczuciu i na pewno jest zdrowy. Jak ktoś 3 razy w tygodniu pobiegnie kilka kilometrów nie umrze od tego. Największe kontrowersje we mnie wzbudzają jednak ci, co nie pasują ani tu ani tu. Już widzę święte oburzenie, ale nikt mnie nie przekona, że dożynanie się 7 razy w tygodniu, po Bóg wie ile kilometrów, bez żadnego planu treningowego i ba…nawet trenera, to nie szaleństwo. Nikt nie ma nad tym żadnej kontroli. Wiem jak wysiłek działa uzależniająco. Na początku jest trudno, ale potem ciągle nam tego brakuje. Organizm choć wycieńczony chce… biegać, a my to mu umożliwiamy. Bez głowy, pod wpływem impulsu i emocji. Moda na bieganie jest dokładnie tym czym jest. Modą. Bo znajomy na FB zamieścił link z Endomondo, w którym jak wół stoi przez ile kilometrów wypruwaliśmy z siebie flaki, czy biegliśmy jak sarenka czy jak słoń, czy górki są na tyle wysokie, że nie powstydziłby się skakać z nich Kamil Stoch, czy hamburger, który spożyliśmy wstydliwie w aucie pod MC Donaldem się w końcu spalił i jak nam biło serce (dobrze, że biło). I najważniejsze! Czy do cholery pobiliśmy kolejny raz o jedną setną swoją życiówkę. Potem porównujemy. Szlag nas trafia. Zakładamy buty z najlepszej firmy bucikowej, ubranko z najlepszej firmy ubrankowej (ile na tym zarabiają firmy nawet nie chce mi się myśleć) i wlewamy w bidonik płyny w kolorach tęczy (bardzo zdrowe) i heja. Lecimy niczym wypuszczone z klatki charty, poprawiać swój wynik, który jest gorszy o dwie setne. Gdzie tu jakiś rozsądek? Pomijam starty co tydzień, a nieraz nawet dwa razy w tygodniu w maratonach, półmaratonach, ćwierćmaratonach, ultramaratonach i innych tonach. Ważne, żeby nazwa kończyła się na ton albo cross. Dobiegamy, ledwo żywi na tysięcznym miejscu w megaskurczach i potem umieramy powoli w ciszy w domu. We wtorek zwlekamy się na trening, bo nasz organizm żyć nie może bez adrenaliny i endrofiny. I tak w koło Macieju.

Ja też padałam na pysk, zwlekając się na oparach z boiska, nie przeczę. Ale dzisiaj płacę za to ogromną cenę. I choć teraz nie mogę uprawiać sportu, nie zaprzeczę, że za nim nie tęsknię. Brakuje mi zmęczenia, za emocji, walki i specyficznego zapachu hali sportowej. Ale ja miałam trenera i sztab ludzi, którzy czuwał nad tym, żebym się dobrze przygotowała do sezonu. Miałam profesjonalne treningi i rozgrzewkę przed każdym wysiłkiem. Dzisiaj, jak widzę tłumek dreptających w miejscu ludzi, czekających na start, a ponad połowa z tych „biegaczy” nie podskoczyła nawet w miejscu dla rozgrzewki, to mnie ściska w dołku. Nie mówię, że wszyscy popadli w obłęd zdrowego biegania. Są tacy, którzy robią to z głową i profesjonalnie, a i wtedy nie mają pewności, że nie ulegną kontuzji. Mnie nie przeszkadza rekreacja i wyczyn. Przeraża mnie ludzka głupota i zadufanie we własne siły i zdrowie, które można stracić szybko i na zawsze.

Napisz komentarz »