REKLAMA

Sport

Biegający po wodzie z Januszem

Opublikowano 29 czerwca 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Zostałam fanką nowej dyscypliny sportowej – skoków w kałużach. Bieganie po wodzie uskuteczniał już ktoś wcześniej, więc teoretycznie nie powinno być z tym żadnych problemów. Niestety. Miało być super, a wyszło jak zwykle.

Z 15. Jubileuszowego Memoriału im. Ślusarskiego zapamiętałam tylko gości leżących plackiem na rozbiegu, ścierających szmatami wodę, która lała się ciurkiem z nieba i zmarzniętych zawodników, którzy bali się oddać skok, bo groziło to kalectwem. Najlepiej wyszedł na tym Lisek, który zaczął skakać dopiero wtedy, kiedy fontanna z góry przestała dawać czadu. Najbardziej emocjonującym momentem było bieganie kibiców od jednego znanego sportowca do drugiego po autografy i selfie.

To mi przypomniało pewne zdarzenie. Dawno, dawno temu, pojechałam z bratem zawieźć naszą rodzicielkę na pociąg do Wrocławia. Zofia wybierała się do sanatorium. Przy okazji miałam oddać na uczelni rozdział mojej pracy magisterskiej. Szczęśliwie dojechaliśmy fiacikiem do dworca i już mieliśmy zaparkować, kiedy mój brat ostro zahamował, powodując moje rozpłaszczenie na przedniej szybie (kto wtedy zapinał pasy?). Jakież było moje zdumienie, gdy Młody otworzył drzwi na środku drogi, wyskoczył na zewnątrz i wrzasnął: „Dawaj coś!” „Co?”- inteligentnie zapytałam. „No jakiś długopis i kartkę!” – wydyszał. Popatrzyłam na niego jak na przybysza z obcej planety. „Zwariowałeś!” – stwierdziłam. A on wyrwał mi z rąk moje wypociny, które wiozłam do promotora, w skrytce znalazł jakiś ogryzek ołówka i pogalopował w siną dal, zostawiając nas na środku drogi. Wskoczyłam więc na siedzenie kierowcy i zaparkowałam. Wytaszczyłam walizkę mamusi i zerknęłam przez ramię. Mój braciszek przebiegał po pasach na czerwonym świetle. Potruchtałyśmy z mamą na peron. Wsadziłam Zofię do pociągu i usłyszałam piski u podnóża schodów na peron. Rzuciłam okiem… i mnie zatkało. Mój walnięty brat szarpał się z przerażoną obcą kobietą, wyrywając jej walizkę i krzyczał z debilnym uśmiechem na twarzy: „Pomogę pani!” Pani ustąpiła. Pewnie nie chciała się sprzeciwiać wariatowi. Młody wbiegł na górę z walizką, do której była uczepiona pani, i wrzucił ją z impetem do pociągu. Opierającą się kobietę także wepchnął i zatrzasnął drzwi z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Pociąg ruszył. Pomachaliśmy na pożegnanie. Wtedy Młody oznajmił: „Mam autograf Janusza Korwina-Mikkego!” Nie wiedziałam, czy mam wybuchnąć śmiechem, czy go pieprznąć w baniak. „Dogoniłem go na trzecich światłach” – poinformował mnie zadowolony. No cóż. Zawiozłam na uczelnię rozdział pracy i gdy promotor poprosił mnie o pozostawienie go do recenzji, powiedziałam: „Jasne, tylko że nie mogę, bo mój brat mnie zabije. Tam jest autograf Janusza, za którym biegł przez pół Wrocławia”. Promotor popatrzył na mnie, jakbym się z choinki urwała, ale oddał mi pracę, z której wyrwałam cenną stronę z podpisem.

Czasem zdobycie autografu idola jest ważniejsze od wszystkiego. Ale nieraz idol spadnie z piedestału i to od nas zależy, czy mu wybaczymy.

Napisz komentarz »