REKLAMA

Sport

Komitet Oszalałych Rodziców

Opublikowano 20 kwietnia 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Ostatnio dużo się mówi o zachowaniu rodziców na meczach dzieci. Przyznam, że nieraz jestem naprawdę zaszokowana tym, co rodzice potrafią robić oglądając swoje pociechy na boisku czy parkiecie. Jestem tolerancyjna. Przeszłam bowiem etap zawodnika, trenera, czasem sędziego, a teraz rodzica, którego dziecko uprawia sport. Ale z ręką na sercu nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego rodzice robią to, co robią. Kiedyś pisałam, że Polak zna się na piłce nożnej i jest ekspertem, którego celne uwagi mają na celu zmienienie obrazu piłki nożnej na świecie. Ale rodzic-ekspert, na meczu swojego syna czy córki, jest mieszanką naprawdę wybuchową. Mam teraz okazję obserwować rodziców w czasie zawodów i przyznam, że tatusiowie potrafią rzucić mięsem, a mamusie wcale im nie ustępują. Zaczyna się zwykle bardzo niewinnie. „Podaj. No szybciej. Nie widzisz? Wstawaj!” To z pozoru uwagi nic nie znaczące, ale dla młodych ludzi na boisku są sygnałem, że robią coś nie tak. I zaczyna się presja. Na zawodników, trenera i sędziego. Gdy któraś z drużyn zaczyna przegrywać, teksty lecące z trybun są bardziej agresywne. „Weź rusz du…ę”. No nie widzisz ku…wa, że nikogo tam nie ma?” Kiedy dzieci, będące ciągle pod obstrzałem oszalałych rodziców, zaczynają płakać i nie chcą dalej grać, tatuś wstaje z krzesełka i podchodzi bliżej: „Nie maż się ku..wa, co ty grać nie umiesz?” No nie umie, panie rodzicu-ekspercie, albo potrafi tyle, bo ma tylko 12 lat. Nie jest Lewandowskim, choć pewnie tatuś już liczy pieniądze, jakie zarobi na transferze syna. Dla tych maluchów sport ma być zabawą i przyjemnością, a nie katorgą i upokorzeniem. Bardzo często agresja kierowana jest w kierunku trenerów i sędziów, którzy w pewnym momencie są naprawdę bezsilni. Bo co tu zrobić takiemu delikwentowi? Odpowiedzieć przy dzieciach słowami, które pewnie cisną się im na usta, nie sposób. Często arbitrzy przerywają takie zawody, nie chcąc eskalacji.

Uprawiałam sport przez 25 lat. Moja mama szanowała to, co robię i na ogół nie wtrącała się w moje pasje. Na moim meczu była raz. Wiedziała, że sport był dla mnie bardzo ważny, ale kiedyś stwierdziła, że za dużo spędzam czasu na treningach. Zamknęła mnie w domu, zabierając wszystkie klucze. Ale nie ze mną te numery. Na szczęście mieszkałam na pierwszym piętrze. Torbę ze sprzętem zrzuciłam na dół, a sama zeszłam po balkonach. Od tego czasu moja mama zachowywała neutralność. Szanuję ją za to.

Ja byłam nawiedzonym rodzicem. Nie wyobrażałam sobie, żeby moje dziecko nie uprawiało sportu. Moja córka, na szczęście, chciała to robić. Dla mnie sport to nie tylko rywalizacja i chciałam, żeby ona poczuła to, co kiedyś ja, będąc w drużynie. Na początku za bardzo się starałam. Zachęcałam i tłumaczyłam. Bywałam naprawdę nieustępliwa, ale potem zrozumiałam, że to ma być przyjemność, a nie kara i realizacja moich ambicji. Chodziłam na mecze, ale nigdy nie krzyczałam do swojej córki czy do jej koleżanek. Cieszyłam się ze zdobytych punktów i ocierałam łzy, jak przegrała mecz. Tłumaczyłam, że najważniejsze, żeby jej się podobało, że ma czuć chęć powrotu na boisko. I tak było. Dla mnie moje dziecko nie musiało grać w najlepszych klubach świata. Cieszyłam się, że rozumie, dlaczego poświęcenie i lojalność w zespole są tak ważna. Niedawno zapytałam ją, czy mogę przyjechać na jej mecz. A ona: „Mamo, nie rób siary! Dam radę”. I naprawdę daje. A ja? Moja rola już dawno się skończyła, ale zaszczepiłam jej coś, co uważałam za wartościowe, a resztę musiała zrobić sama.

Dlatego, kochani rodzice, dajcie swoim dzieciom odetchnąć. Nie dyszcie im za plecami i pozwólcie popełniać własne błędy. One muszą nauczyć się przegrywać. Chowanie pod kloszem i prostowanie ścieżek na nic się nie zda. Pamiętajcie, że dzieci patrzą, słuchają i czerpią wzorce. Naśladują was. Jak wam wolno, to dlaczego nie im?

Napisz komentarz »