REKLAMA

Sport

Nieraz się po prostu nie da

Opublikowano 13 kwietnia 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Każdy wie, co dzieje się w najniższej klasie rozgrywkowej w piłce nożnej. Na samym dole jest „Bundesliga”, jak pieszczotliwie nazywają ją sędziowie i piłkarze. Mecze w tej klasie grać, oglądać, a przede wszystkim sędziować, to prawdziwe wyzwanie. Można powiedzieć, że to sport dla ludzi odważnych i zdeterminowanych.

A ja bardzo lubię mecze w B klasie. Dlaczego? Mam nieraz wrażenie, że w jednym takim meczu dzieje się więcej, niż przez całą kolejkę gdzieś indziej. Ale z drugiej strony grają tam piłkarze, którzy często nie trenują, tylko przychodzą na mecze na zasadzie pospolitego ruszenia. Trener i trening na profesjonalnym poziomie to rzadkość, bo zawodnicy nie mają czasu, bo pracują, a klub pieniędzy, żeby takiemu szkoleniowcowi zapłacić. Na mecze skrzykują się w ostatniej chwili, a nieraz są to przypadkowi gracze z łapanki, bo akurat byli w domu lub pod sklepem. Nie przeszkadza mi to. Amatorsko poharatać w gałę zawsze fajnie, a i to odskocznia od codzienności. Od szefa, który drze ryja w pracy i żony, która ciągle czegoś chce. Bo warto nieraz pomyśleć sobie, że jest się w tym momencie „Lewym” czy innym Ronaldo.

Niestety, gdyby to wyglądało tak sielsko anielsko, nie byłoby co jakiś czas bulwersujących sytuacji, które niestety dzieją się w czasie meczów B klasy. Agresywne zachowanie zawodników względem siebie, używanie słów, z których „cholera” ,to pieszczotliwy wyraz niechęci. Wulgarne teksty skierowane do siebie nawzajem i do kibiców są tam na porządku dziennym. Niestety najgorzej mają sędziowie. Spotkania najniższych klas rozgrywkowych sędziują zazwyczaj arbitrzy niedoświadczeni, nie wiem dlaczego. Niby gdzieś uczyć się trzeba, ale to naprawdę prawdziwy poligon doświadczalny, a i w pysk można dostać „niechcąco”. Przecież tam naprawdę trzeba mieć autorytet, żeby okiełznać wioskowych Rambo. Byle kto nie zapanuje nad ogniem, który wypala sfrustrowanego piłkarza. Ale jak ktoś przeżyje ten test i wyjdzie z tego w miarę cało i nie zaczyna się jąkać na widok jabłka myśląc, że to piłki do nogi, nie zrywa się z krzykiem w nocy, wrzeszcząc na całe gardło: Nie było spalonego!, to może z całą pewnością zostać sędzią! Dlatego w „Bundeslidze” poziom gry i sędziowania należy do najniższych, żeby nie powiedzieć żenujących. Nie znaczy, że na innych poziomach jest o wiele lepiej. Błędy zdarzają się każdemu i każdy może mieć chwilę słabości. Sztuką jest zapanować nad sobą i nawet, jak sędzia po raz 28 nie odgwizduje ewidentnego faulu, nie widzi, że linia pola karnego to, to białe coś namalowane na trawie 16,5 metra przed bramką, a spalony to nie napis na paczce fajek, trzeba znieść to w milczeniu.

Niestety sama wiem z własnego doświadczenia, że nieraz po prostu się nie da. Raz w życiu dostałam czerwoną kartkę za uderzenie rywalki. W twarz. Niestety. Cały mecz był z prądem. Walka była bardzo wyrównana, a zwycięzca pojedynku awansował do ćwierćfinału Mistrzostw Polski. Byłyśmy bardzo nakręcone, a w pewnym momencie sędziowie (a jakże) podgrzali atmosferę do czerwoności wydając dziwne decyzje. Wtedy miałam wrażenie, że podgwizdują drużynie przeciwnej. Czas uciekał. Piłka wyszła na aut i sędzia pokazał, że grę wznawiają przeciwniczki, chociaż wszyscy widzieli, że aut powinien być dla nas. Pobiegałam po piłkę i już chciałam ją podać do koleżanki, kiedy jedna z rywalek zaczęła się ze mną szarpać. Sędzia stanął po jej stronie, a ja z bezsilności i poczucia wielkiej niesprawiedliwości, całą złość wyładowałam na przeciwniczce. Walnęłam ją w twarz i oczywiście dostałam czerwoną kartkę. Nie jestem z tego dumna. Od tego czasu nigdy nie dostałam samoistnej czerwonej kartki. Pilnowałam się i nauczyłam się nad sobą panować. Ten jeden raz mi wystarczył. Niestety panowałam tylko nad ciałem. Mój wzrok ponoć nadal zabijał. Co faktycznie było prawdą, bo kiedyś wstając z boiska po wyjątkowo brutalnym faulu, spojrzałam na sędziego, który oczywiście „nie zauważył” przewinienia rywalki. Za to zobaczył mój zabójczy wzrok. Nie powiedziałam do sędziego ani słowa (co naprawdę było dziwne), za to w rewanżu arbiter pokazał mi karę dwóch minut. Wtedy nie zdzierżyłam i zapytałam wprost, choć nie mogłam (z sędziami może rozmawiać tylko kapitan): Za co, panie sędzio? Za wzrok! – odpowiedział arbiter. Była to jedyna kara w mojej karierze za spojrzenie. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać i atmosfera się rozluźniła. Nieraz trzeba odpuścić. Ale nieraz się po prostu nie da.

Napisz komentarz »