REKLAMA
twoj_dom_baner_1000x200_2017

Ludzie, wydarzenia

Czekał na pomoc ponad 10 godzin

Opublikowano 11 maja 2018, autor: jb

Filip Fudali (16 l.) z Żarek Małych złamał rękę na turnieju piłki nożnej (środa, 9.05.). Był pod opieką nauczycielki, ale do szpitala zawieźli go dopiero rodzice, po kilku godzinach.

Filip chodzi do szkoły w Trzebielu. W środę, pod opieką nauczycielki wf., pojechał z drużyną na zawody w lubskim Ośrodku Sportu i Rekreacji. Upadł i złamał rękę po godz. 11:00. Do domu dotarł po 16:00. Do szpitala zawieźli go dopiero rodzice.

– Syn upadł, złamał rękę. Tak się zdarza. Taki jest sport. Za każdym razem musimy podpisać dokument, że wyrażamy zgodę na wyjazd. Uczniowie są wtedy pod opieką szkoły, więc nie rozumiem, dlaczego po pomoc do szpitala musieliśmy jechać sami – mówi Mirosław Fudali, tata Filipa. – Ja pracuję w Niemczech, codziennie dojeżdżam po 100 km. Jak syn wrócił do domu, najpierw żona zawiozła go na SOR w Żarach, tam zrobiono mu prześwietlenie i odesłano do Zielonej Góry. Na oddziale chirurgii dziecięcej wylądował grubo po północy. Nie rozumiem, dlaczego nauczyciele nie mają sobie nic do zarzucenia. Oddałem im dziecko pod opiekę, powinni zawieźć go do lekarza – denerwuje się pan Mirosław.

 Pomóc nie pozwalają procedury

Jak tłumaczy dyrektor szkoły w Trzebielu, Beata Śmietańska, nauczycielka nie mogła zawieźć chłopca do lekarza, bo… nie pozwalały jej na to procedury.

– Nauczycielka wychowania fizycznego pojechała na zawody z ośmioma uczniami. Nie mogła ich zostawić bez opieki. Powiadomiła mnie, ale to już było poza moją jurysdykcją – mówi. I tłumaczy: – Organizator zawodów, czyli lubski OSiR, wzywał pogotowie do Filipa. Dyspozytor odmówił przyjazdu, bo nie jest to zagrożenie życia. Podczas tych samych zawodów wzywane było pogotowie do dziecka ze złamaniem otwartym. Nauczycielka prosiła ratowników  pomoc, ale też odmówili. Powiadomiliśmy zatem rodziców, a przez to, że nie mogli syna wcześniej odebrać, musiał wracać z resztą drużyny do Trzebiela. Tam odebrała go mama. W tym czasie rękę opatrzył i usztywnił mu na temblaku pracownik OSiR. Nie dało się zrobić nic więcej. Z naszej strony, jako szkoły, wszystkie procedury były zachowane – dodaje dyrektorka.

– Ciężko mi to zrozumieć. Syn czekał na pomoc ponad 10 godzin. Gdyby trafił do szpitala wcześniej, nie musiałby się tak długo męczyć – kwituje pan Mirosław.

Napisz komentarz »