REKLAMA

Sport

Przegrali wygrany mecz

Opublikowano 30 marca 2018, autor: Małgorzata Fudali Hakman

Mecz z Odrą Nietków miał być sprawdzianem formy Promienia Żary. Jednak podopieczni Grzegorza Tychowskiego przegrali spotkanie w ostatnich 4 minutach.

Wzmocniona po zimie spadochroniarzami z Cariny Gubin, Odra ma urywać punkty wszystkim mocnym drużynom w lidze. Już samo wyjściowe ustawienie Promienia sygnalizowało respekt dla przeciwnika i ogromną asekurację trenera. Czterech nominalnych obrońców, przed nimi dwóch defensywnych pomocników, zawieszony między sześcioosobową linią obronną, a „niby” atakiem Winston, nie wiadomo gdzie grający Żebrowski oraz Olek Jelski, który udawał napastnika. Skład można powiedzieć eksperymentalny. Bez Piechowiaka, Matheusa, Gronkowskiego (służba) i Nowaka (kartki), a zamiast grającego od kilkunastu meczów Rogalskiego w parze z Czyżykiem-Suski. Zresztą od początku był widoczny brak zgrania między stoperami Promienia. Obaj startowali do tych samych piłek, często dublując swoje pozycje. Można powiedzieć, że Tychu wziął przykład z Nawałki. Czym skończyło się to dla naszej reprezentacji, wszyscy wiemy, ale do rzeczy. Pierwsze 10 minut to napór gospodarzy. Promień cofnięty czekał i badał boisko, na jakim przyszło mu się zmagać. O jakości „murawy” nic nie napiszę, bo warunki były fatalne dla obu drużyn. Po pierwszych atakach Odry, Promień trochę się otrząsnął i sam zaczął stwarzać dogodne sytuacje pod bramką gospodarzy. Niektóre były naprawdę bardzo groźne. Strzał Suskiego o centymetry minął spojenie słupka z poprzeczką, potem setkę Jelskiego wyciągnął końcami placów bramkarz. Strzałów goście oddali naprawdę sporo i wyjątkowemu szczęściu i dobrej dyspozycji bramkarza Odra zawdzięczała wynik 0:0 do przerwy, bo gdyby piłkarze Promienia popisali się lepszą skutecznością, powinno być przynajmniej 3:0.

Niewiarygodne, ale prawdziwe

Na drugą połowę wyszedł w końcu jedyny napastnik, jakiego ma żarska drużyna. Matheus dwoił się i troił. Walczył na całej długości boiska. Niestety, wszystko na marne, bo był w dokładnie w takiej sytuacji jak „Lewy” w reprezentacji – nie miał mu kto podać. Wejście Piechowiaka trochę to zmieniło. Gra w ataku z pewnością nabrała tempa i sytuacji pod bramką gospodarzy Promień miał bez liku. Co z tego, jak upragniona bramka nie chciała paść? Dopiero w 65. minucie w kolejnym zamieszaniu pod bramką przeciwnika i po kolejnym wybiciu przez bramkarza piłki, ta trafiła pod nogi Żebrowskiego, który z narożnika pola karnego wpakował ją do bramki. Kibice odetchnęli, Promień prowadził i grał całkiem nieźle. Nie było się czym martwić, zwłaszcza że to goście byli drużyną lepszą. Tak było do czasu, kiedy kibice zaczęli się powoli rozchodzić do domów, wszak była 90. minuta i nic nie wskazywało, żeby wydarzył się jakiś kataklizm, który zmieniłby wynik. Nic bardziej mylnego. Niepotrzebny faul w rogu boiska, zaraz przy chorągiewce, a potem dośrodkowanie na pole karne Kowala i lekkie trącenie piłki przez Michała Bartnickiego, która ku zdziwieniu wszystkich wylądowała w siatce. Szok? Ale to nie koniec. Sędzia przedłużał mecz w nieskończoność, a Promień poszedł do przodu, chcąc strzelić gola na wagę zwycięstwa. I rzeczywiście bramka padła, ale nie dla żaran. Po szybkiej kontrze w 94. minucie futbolówkę w bramce Kowalczyka umieścił napastnik gospodarzy Jan Juszczak. Niewiarygodne, ale prawdziwe.

Trzeba wziąć się do roboty

Promień prowadził w 90. minucie meczu, by przegrać całe spotkanie 1:2. Co się stało? Jak taka doświadczona drużyna mogła dać sobie wydrzeć zwycięstwo? Według mnie jest kilka przyczyn. Zbyt wielka pewność siebie. Zawodnicy z Żar myślami byli już w szatni, a to największy błąd. Gra się do końcowego gwizdka arbitra. Za to można brać przykład z Odry, która walczyła do końca i nie poddała się mimo wszystkich znaków na niebie i ziemi wskazujących, że mecz przegra. A przede wszystkim brak zawodnika, który w końcówce wziąłby na siebie ciężar rozgrywania, który przytrzymałby piłkę i dał się sfaulować. Dlaczego nie zrobił tego będący na boisku Piechowiak, pozostaje dla mnie zagadką. „Piechu” stał przed polem karnym przeciwnika i czekał nie wiadomo na co. Brak od początku w składzie napastnika, który zaabsorbowałby obronę. Po prostu Promień nie był tą drużyna, którą stworzył Tychowski pod koniec poprzedniej rundy. Szkoda tego meczu, bo żaranie byli zespołem lepszym, stworzyli więcej sytuacji podbramkowych, ale to nie jazda figurowa na lodzie i meczów nie wygrywa ten, kto stworzy więcej pięknych akcji, tylko ten, kto je wykorzysta. Odra wypracowała 3, z tego 2 zakończyły się golami. Co na to trener G. Tychowski?

– Mecz przegrany na własne życzenie. Zagraliśmy dobre spotkanie. Stworzyliśmy kilka 100-procentowych sytuacji, które powinniśmy zamienić na bramki. Zamiast wygrać 3:0, przegrywamy. Strata dwóch bramek w 4 minuty nie powinna nam się przydarzyć. Musimy szybko się otrząsnąć i wygrać najbliższy mecz. Na pewno nie złożymy broni. Wiem, na co stać ten zespół. Będziemy wygrywać! – tyle „Tychu” i tutaj się z nim zgadzam. Jak chce się awansować, to trzeba wziąć się do roboty!

Napisz komentarz »