REKLAMA
baner-jas

Ludzie, wydarzenia

Dotarł do mety życia

Opublikowano 08 września 2017, autor: Przemek Kaźmierski

Dariusz Pabich (†45 l.) z Żar wierzył, że wyzdrowieje, był pełen nadziei. Rak zabrał go w kilka tygodni.

Dotarł do mety życia

Dariusz był żołnierzem, pracował w jednostce w Żaganiu. Jeszcze w czerwcu co sobotę biegał z kolegami na żarskim parkrunie. Tę pasję sam pielęgnował i zaszczepił w 17-letnim synu Mateuszu.

W lipcu miał się spotkać z rodzicami, Stanisławą (66 l.) i Janem (75 l.), na grillu w rodzinnym Kamieniu Rymańskim (zachodniopomorskie). Do spotkania nie doszło.

– Darek był zawsze skryty – wspomina pani Stanisława. – Nigdy nic nie powiedział, jak coś się działo. Wtedy, w lipcu, usłyszałam przez telefon: „Mamo, u mnie jest pielęgniarka”. Dodał, że nie może przyjechać, bo następnego dnia idzie do szpitala.

 

Bolały plecy

Wszystko zaczęło się od bólu pleców. To było w lipcu.

– Tato na początku trochę bagatelizował problem – mówi Mateusz, syn zmarłego. – Nawet nie wiedziałem do końca, że jest tak poważnie chory. Nie dawał mi żadnego znaku, że to może być coś poważnego.

W końcu trafił do 105. Szpitala Wojskowego w Żarach.

– Narzekał na ból pleców – mówi pani Stanisława. – Lekarz powiedział synowi, że prawdopodobnie go przewiało. Dostał dziesięć zastrzyków przeciwbólowych, ale ból nie ustawał. W Żarach podawali mu głównie kroplówki. Tracił apetyt. Wtedy z mężem postanowiliśmy, że będziemy się nim opiekować. Przyjechaliśmy do Żar i przez dwa tygodnie siedzieliśmy przy Darka łóżku, bo nie mógł chodzić, nogi mu bardzo napuchły – wspomina matka Darka.

 

Śmigłowcem do Warszawy

Stan Dariusza się nie poprawiał.

– Leżał w żarskim szpitalu dwa tygodnie, w tym czasie przeprowadzono biopsję i okazało się, że Darek ma czerniaka złośliwego – mówi pani Stanisława. – Zapadła decyzja o zabraniu go do Zielonej Góry na lampy, ale czuł się po nich jeszcze gorzej. Po jednym dniu z Zielonej Górze była kolejna decyzja – leczenie w Warszawie.

Darek łączył z pobytem w Warszawie ogromne nadzieje na poprawę. Został zabrany śmigłowcem do stolicy. Rodzice Darka i tam towarzyszyli mu w leczeniu.

– Nawet jak tato leżał w szpitalu, do końca mówił, że wyzdrowieje – mówi Mateusz.

 

Rak nie dał za wygraną

Niestety, nowotwór nie dał za wygraną i Dariusz zmarł 5 września w warszawskim szpitalu. Spędził w nim tylko dwa tygodnie. Pozostawił pogrążoną w smutku rodzinę.

– To był taki kochany chłopak, sam prowadził dom, w którym mieszkał z synem – mówi pani Stasia. – Sam prał, mył okna, gotował.

Wiele z tej samodzielności ma jego syn. Podobnie jak tato, sam potrafi o siebie zadbać. Pozostały mu wspomnienia.

– Grałem z tatą często w piłkę nożną, bardzo lubiliśmy to robić razem – mówi Mateusz. – Inspirował mnie do sportu. Nie wiem, co mogę więcej powiedzieć… Będzie mi brakować taty…

 

Niezwykle miły

Darka wspominają także koledzy, sportowcy.

– Darek biegał w każdym organizowanym przez nas biegu. I nie tylko u nas – wspomina Marcin Hakman z Żary Runners Team. – To był bardzo sympatyczny i lubiany kolega. Chcieliśmy zorganizować jakiś bieg charytatywny, aby pomóc finansowo Darkowi w zmaganiu z chorobą, ale niestety nie zdążyliśmy.

– Spotykaliśmy się na zawodach, to był niezwykle miły człowiek, oddany bieganiu, angażował się we wszystkie imprezy i zawsze będzie mi się kojarzył z żarskim parkrunem – wspomina Piotr Kowalski, prezes fundacji „Biegam, bo lubię” z Żagania.

Jednym z najbliższych kolegów zmarłego był Karol Cząstka z Żagania. Nie kryje smutku po odejściu kolegi. Wybiera się 350 km na pogrzeb, aby towarzyszyć przyjacielowi w jego ostatniej drodze. Wcześniej wspólnie biegali, teraz jego kolega dotarł już do mety życia.

Pogrzeb Darka odbędzie się jutro (9.09.) w Rymaniu, w jego rodzinnych stronach.

Napisz komentarz »