REKLAMA
Baner

Wasze sprawy

Kochał bardziej

Opublikowano 19 maja 2017, autor: Bogusława Janicka-Klisz

Prosił, by najbliżsi nie płakali, gdy odejdzie. O życie Wiktor Makowski († 67 l.) z Żar walczył przez 3,5 roku. Przegrał.

– Nie chciał się pogodzić z tym, że choruje. Pracował, angażował się w działalność firmy. Zwolnił dopiero, gdy zaczął słabnąć – opowiada Marek Czekajło, zięć W. Makowskiego.

Swoją walkę przegrał w poniedziałek wieczorem, 15.05. – Znałem go 23 lata. Zawsze był uśmiechnięty, bardzo skromny. Teraz trudno mi uwierzyć, że już go nie ma – mówi M. Czekajło.

W. Makowski wiele przeszedł w życiu. Urodził się w Mikołajewce (dzisiejsza Białoruś). Wraz z rodzicami został wywieziony za Ural.

– Tam przeżył skrajny głód. Opowiadał, że nogi łóżka, w którym spali, musiały stać w pojemnikach z wodą, żeby nie dostawały się pluskwy. Było ich jednak tyle, że wchodziły po ścianach i dosłownie na nich spadały – mówi Urszula Makowska, córka W. Makowskiego.

Ojcem W. Makowskiego był radziecki oficer, który został aresztowany podczas stalinowskich czystek. Wówczas matce W. Makowskiego udało się stamtąd uciec razem z synem. Przyjechali do Polski, najpierw do Olsztyna, do jej sióstr. – Na przełomie lat 50. i 60. w Żarach zaczęły powstawać zakłady włókiennicze. Wtedy babcia trafiła tu za pracą – mówi M. Czekajło.

 

Za dobry na dzisiejsze czasy

Zamieszkali w starej kamienicy przy ul. Wartowniczej. W Żarach pan Wiktor ukończył szkołę górniczą. Najpierw pracował w kopalni węgla brunatnego w Łęknicy. Potem związał się z przemysłem odzieżowym. Pracował w żarskiej „Bawełnie” i zakładach włókienniczych w Lipinkach Łużyckich.

Z pierwszą żoną Zofią doczekał się trzech córek – Urszuli, Żanety i Marzeny. Potem pięciu wnuczek.

– Był człowiekiem czynu. Bez pracy nie mógł wytrzymać. Siedzibę firmy przy ul. Wapiennej kupiliśmy w 2010 r. Była to kompletna ruina. Pomagał, pracował fizycznie, żeby ją wyremontować. Był na każde wezwanie. Wszyscy wiedzieli, że jest złotą rączką. Do tej pory ma u nas w firmie takie swoje miejsce, kantorek, gdzie ma dużo swoich skarbów związanych z myślistwem i wędkarstwem. Bo to były jego ogromne pasje – opowiada M. Czekajło.

-Wiktor uwielbiał wędkować na Odrze. Jeśli chodzi o myślistwo, nie uznawał bezmyślnego zabijania, budował ambony, dokarmiał zwierzęta – zaznacza M. Czekajło.

– Byłem w szpitalu tego dnia. Spotkałem zapłakaną, skuloną dziewczynę na schodach. Zapytałem co się stało. Odpowiedziała: właśnie zmarł mój tato. Wtedy zorientowałem się, że to jedna z córek Wicia. Wiedziałem, że od dawna ciężko choruje, ale wiadomość o jego śmierci spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. To była taka prawdziwa męska przyjaźń. Łowiecka przygoda, którą przeżywaliśmy od bardzo dawna-mówi  łamiącym się głosem Stanisław Decker, przyjaciel W. Makowskiego.

– Można powiedzieć, że Wiktor był za dobry jak na dzisiejsze czasy. Pomagał każdemu, kto tej pomocy potrzebował. Nigdy za pieniądze. Za to za uśmiech czy rozmowę – wspomina pan Marek. – Nigdy nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Za to na mądrych i głupich to już tak. Nieważne, czy ktoś był biedny czy bogaty.

 

Dziadziuś

W. Makowskiego wspomina też jego wnuczka, Kornela (20 l.).

– Zawsze mówimy o nim „dziadziuś”, nigdy „dziadek”. Uwielbiał dzieci, nawet do tych mijanych na ulicy szczerze się uśmiechał. Do mojej siostry, Oli, zwracał się „mistsuniu”, bo zawsze mu pomagała w pracach remontowych. Z kolei on lubił dla śmiechu mówić o sobie w rodzaju żeńskim. Uwielbiał tworzyć śmieszne wierszyki związane z wnukami i rozdrażniać nas łaskotkami. Brzuchy bolały od śmiechu – opowiada Kornela. – Wiem, że przez ostatni miesiąc walczył tylko dla nas. Zawsze stawiał dobro innych na pierwszym miejscu. Zawsze na słowo „kocham” odpowiadał, że „kocha bardziej”. Szczerze mówiąc, nie znam bardziej kochanej osoby od niego. Wszyscy będą go pamiętać jako złotego człowieka – dodaje.

Był 85 osobą na świecie, która przechodziła terapię eksperymentalnej chemii.

– Leki, które brał, nawet nie miały nazwy, tylko kody kreskowe. Trzeba było zwracać opakowania po nich. Pod względem długości leczenia był rekordzistą. Inni albo wyzdrowieli, albo umarli. Niestety organizm specyfików nie przyjął. Półtora miesiąca temu lekarze powiedzieli, że leczenie nowotworu jelita grubego zostaje zakończone. Mogę tylko w jego imieniu podziękować osobom, które przez te lata ratowały jego zdrowie, czyli jego żonie Dominice, doktorowi Hubertowi Żurkowi, przyjacielowi Wiktora i mojej żonie Urszuli – podkreśla M. Czekajło.

 

Prosił, żeby nie płakać

W 2015 roku wraz z drugą żoną Dominiką, córką Urszulą i jej rodziną pan Wiktor wybrał się na wakacje do Chorwacji, do Trogiru.

– Był zachwycony tym miejscem. W czerwcu mieliśmy tam znowu jechać. Ale nie zdążył – dodaje ze smutkiem M. Czekajło.

Był osobą głęboko wierzącą. Systematycznie chodził na nabożeństwa do Kościoła Zielonoświątkowego. W swoim samochodzie zawsze miał biblię.

– Jechałem tym autem w poniedziałek. Biblia wciąż tam jest – dodaje pan Marek.

Teraz najbliżsi W. Makowskiego, choć cierpią, nie chcą poddawać się rozpaczy.

– Prosił, żeby nie płakać, gdy odejdzie. I nie nosić żałoby. Bo on taki był. Zawsze radosny. Mimo wszystko – kończy M. Czekajło.

 

 

Napisz komentarz »