REKLAMA
Klinika wisniowa_baner_1000x200

Aktualności, Ludzie, wydarzenia, Zdrowie

Dziś wszystko mnie cieszy

Opublikowano 24 marca 2017, autor: Przemek Kaźmierski

Julia Biała (70 l.) jest pediatrą od 46 lat. Sama z wyboru, ale życia bez pacjentów, przyjaciół i rodziny sobie nie wyobraża.

Dziś wszystko mnie cieszy

„Regionalna”: Zanim zaczęła Pani leczyć dzieci, sama była dzieckiem…

Julia Biała: Urodziłam się w Weiden w Niemczech, niedaleko Alp. Tato, Kazimierz, był tam więźniem w obozie w Buchenwaldzie i tam poznał się z moją matką. Byłam ich jedyną córką. Jako czteroletnia dziewczynka przyjechałam do Szczecina. Rodzicie zdecydowali się opuścić Niemcy za namową babci Paraskiewy (babka ze strony matki, Ukrainka, która czuła się Polką). Przejechaliśmy transportem do Głogowa, gdzie ukończyłam liceum.

Zawsze pasjonowały mnie przedmioty ścisłe, medycyna pojawiła się trochę z przypadku. Bez żadnych punktów za pochodzenie, bez przydziału miejsca w akademiku i żadnych przywilejów rozpoczęłam studia na Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Po zakończeniu nauki dostałam nakaz pracy w Żarach.

Pierwsze chwile w naszym mieście?

To była piękna złota polska jesień 1971 roku. Żary wydawały mi się piękne. Pracę rozpoczęłam w szpitalu powiatowym. Dyrektor Sieradzki już po 2 tygodniach skierował mnie na oddział pediatryczny, ale początkowo nie miałam pewności, że to jest coś dla mnie. Wolałam się zająć pracą w laboratorium.

Ale została pani pediatrą.

Pracowałam na początku jako lekarz zakładowy w żarskim „Lumelu”. Po przyjeździe do Żar nikogo nie znałam. Pamiętam, że zajęła się mną serdecznie siostra przełożona Bojko. „Trzymałam się” z doktorem Lewkowiczem, Teresą Kapustą i kolegą ze studiów, który tu ze mną trafił, Andrzejem Pasiakiem. Dzięki pracy w „Lumelu” poznałam sporo osób, miedzy innymi miło wspominam zakładową pielęgniarkę panią Bienias. Chodziliśmy „naszą paczką” na spacery, a na koncerty zabierała nas zawsze ówczesna ordynator oddziału dziecięcego, doktor Mielnik. Graliśmy w brydża, spotykaliśmy się na prywatkach w domach.

A co z powołaniem w zawodzie?

Im dłużej pracuję, tym większe znaczenie ma dla mnie to słowo. Nigdy nie tolerowałam „łapówek”. To było dla mnie obrzydliwe. Kwiaty, czekolada to jeszcze rozumiem, jako wyraz wdzięczności. Tu moim wzorcem była moja szefowa, doktor Kowalska. Pamiętam, jak wnosiła na oddział wielkie torby marchewek, ponieważ dzieci miały dietę „biegunkową”. Zapytana, co tak wnosi, zawsze odpowiadała ciekawskim: „Dobrze, że nic nie wynoszę…!”

A jak potoczyła się pani dalsza kariera?

Zrobiłam specjalizację I stopnia i zaczęłam II, ale cukrzyca pokrzyżowała mi plany. W trakcie mojej choroby ordynator Kowalska odeszła na emeryturę i doktor Jacewicz, dyrektor szpitala, poprosił mnie o pełnienie obowiązków „szefowej” oddziału. Zrobiłam specjalizację z pediatrii II stopnia. Byłam radną powiatową i zaczęły się próby reorganizacji powiatowej służby zdrowia. Zaprotestowałam ostro, bo chciano przenieść oddział dziecięcy do szpitala w Lubsku. Stoczyłam boje na sesjach i z pomocą doktora Kołsuta uratowałam oddział. I teraz się okazuje, że to jest jedyny oddział w takim kształcie dla najmłodszych mieszkańców Gubina, Żar, Żagania, Krosna czy Lubska.

Ile dzieci przewinęło się przez pani ręce i oczy?

Przez 46 lat ? Nie pamiętam. Tyle ich było…

Czym różnią się dzisiejsze dzieci od tych z początku pani pracy?

Szybciej dojrzewają, szybciej rosną. Często są większe od rodziców. Nie chorują już na ospę prawdziwą, krztusiec czy polio (choroba Heinego-Medina), odrę czy żółtaczkę pokarmową lub typu „B”, za to częściej zapadają na rozmaite alergie, choroby wirusowe, w tym grypę. Nie mają krzywicy, ale wady postawy wynikające z szybkiego dorastania i siedzącego trybu życia. Zaleciłabym im więcej ruchu, szczepienia ochronne przeciwko grypie, unikanie „śmieciowego” jedzenia (chipsy, burgery), bo powodują otyłość dziecięcą, wzrost poziomu cholesterolu i nadciśnienie. Ze względu za zdrowie zębów wprowadziłabym jeden słodki dzień w tygodniu i oczywiście obowiązkowe mycie zębów po każdym posiłku. Ważne, aby nauczyć dzieci picia zwykłej wody, bo nawet naturalne soki zawierają cukry, które psują uzębienie.

A pani życie prywatne?

Zawsze byłam osobą samotną. Tak się życie ułożyło… Rodzinę mam niewielką, w Głogowie i we Wrocławiu. Tam też spędzam święta. Żyję dniem dzisiejszym i cieszę się, jeśli się rano obudzę. Czy świeci słonce, czy pada deszcz, dziś wszystko mnie cieszy. Spotkałam Grażynkę Talagę, moją koleżankę i słyszę od niej: „Chciałabym mieć tyle werwy w takim wieku”.

Co pani sprawia przyjemność?

W wolnych chwilach czytam książki, teraz o Himalajach. Objechałam Europę, część Azji i trochę Afryki. Ostatnia wyprawa zaprowadziła mnie do Ziemi Świętej. Spotkałam w swoich podróżach św. Jana Pawła II, księciu Karolowi uścisnęłam dłoń i sfotografowałam w działaniu Matkę Teresę z Kalkuty. Słucham każdej muzyki, oprócz disco-polo.

Nie toleruję przemocy, agresji. Poza tym wydaje mi się, że ludzie są z natury dobrzy. Szczególnie dzieci… Moje życiowe motto zawiera się w tym, kim jestem, a nie ukrywam, że jestem osobą głęboko wierzącą. Staram się przede wszystkim słuchać i rozumieć innych. Przecież nie tylko ja mogę mieć rację. Nie oceniam ludzi, ocenę każdego człowieka pozostawiam Bogu.

 

Napisz komentarz »